
Wycofanie się RegioJet z zaplanowanych połączeń to strata nie tylko wizerunkowa. Ucierpieli w zasadzie wszyscy, a PKP Intercity pokazuje konkretne wyliczenia.
Przypomnijmy: od 14 grudnia RegioJet miał oferować 6 par połączeń między Warszawą a Krakowem oraz 3 kursy dziennie na trasie Gdynia-Kraków. Czesi boleśnie zderzyli się z rzeczywistością i w ostatniej chwili wprowadzili znaczące modyfikacje. W grudniu w relacji Warszawa-Kraków wystartowały tylko trzy połączenia, a w przypadku połączenia Gdynia-Kraków zamiast planowanych trzech zostało jedno.
Podejście Czechów oburzyło PKP Intercity. W komunikacie czytamy: „szczególnie nieakceptowalny jest fakt, iż przewoźnik ten wcześniej aktywnie zabiegał o dostęp do tras i godzin, na których PKP Intercity od ponad dekady uruchamiało swoje połączenia”. Urząd Transportu Kolejowego zauważał, iż zachowanie czeskiej firmy może obniżyć zaufanie pasażerów do kolei, które w Polsce, po wielu latach, wreszcie udaje się odbudowywać.
Tak nagłe i masowe wycofanie się przewoźnika z uzgodnionych kursów powoduje poważne zakłócenia w przygotowanym rozkładzie jazdy i generuje istotne utrudnienia dla pasażerów – dodawała z kolei spółka PLK.
No właśnie, bo pasażerowie zostali na lodzie. Niby Czesi oferowali zwrot sumy wydanej na bilety, ale pieniądze to jedno. Równie istotne są plany. Ktoś założył, iż pojedzie o danej godzinie, a nagle wszystko się posypało.
Lukę załatało samo PKP Intercity. Od 5 stycznia w rozkładzie pojawiły się trzy dodatkowe pociągi EIP między Warszawą a Krakowem: po południu ekspres z Krakowa o 14:51 do Warszawy, kurs z Warszawy o 15:40 do Krakowa, a wieczorem jeszcze jedno Pendolino ze stolicy o 19:40 z przyjazdem pod Wawel po 22:00. To dokładnie te godziny, w których swoje żółte składy miał pierwotnie wystawić czeski operator.
Czyli mimo wszystko szczęśliwe zakończenie? Nie do końca
Z punktu widzenia pasażera na pewno tak, bo jest czym jechać. PKP Intercity nie zapomina jednak o okresie od 14 grudnia do 5 stycznia. Gdyby od razu te połączenia trafiły do polskiego przewoźnika, jak dawniej, pociągi by kursowały. A kolejowa spółka mogłaby zarobić.
– W zawiązku z tym, iż 4 połączenia Intercity nie kursowały między 14 grudnia a 5 stycznia, spółka utraciła pewne przychody, które oszacowała na 2 mln zł – poinformował sejmową komisję infrastruktury prezes PKP Intercity Janusz Malinowski.
We wcześniejszym stanowisku przewoźnika mogliśmy przeczytać:
Szczególnie nieakceptowalny jest fakt, iż przewoźnik ten wcześniej aktywnie zabiegał o dostęp do tras i godzin, na których PKP Intercity od ponad dekady uruchamiało swoje połączenia. Ostatecznie pociągi PKP Intercity zostały odwołane przez zarządcę infrastruktury, o czym spółka wielokrotnie i jednoznacznie informowała adekwatne instytucje. Tymczasem obecnie, zaledwie kilka dni przed planowanym odjazdem, prywatny przewoźnik sam odwołał swoje pociągi.
Teoretycznie trudno mówić tu o stracie, bo tych połączeń PKP Intercity i tak by nie było. W końcu jeżeli Czesi zgodnie z planem wyjechaliby na tory, do całej afery by nie doszło. Gdyby człowiek wiedział, iż się przewróci, to by się położył – można byłoby skomentować stratę.
Z drugiej strony PKP Intercity argumentuje, iż to wcale nie tak, iż wszyscy są zaskoczeni. W swoim oświadczeniu przewoźnik zaznaczał przecież, iż ostrzegał przed sposobem konstruowania rozkładu jazdy, który niósł „realne ryzyko wycofania się niedoświadczonych przewoźników i pozostawienia pasażerów bez możliwości przejazdu”. Nie posłuchano nas, może mówić dziś PKP Intercity, a przez to straciliśmy. I to niemało.
To też nie tak, iż PKP Intercity stoi na stanowisku, iż każda konkurencja jest zła, więc na wszelki wypadek lepiej trzymać się czegoś na kształt monopolu. W rozmowie z „Rynkiem Kolejowym” Janusz Malinowski wskazuje na inną czeską firmę, Leo Express.
– Leo Express funkcjonuje w Polsce w tym samym otoczeniu regulacyjnym i infrastrukturalnym co wszyscy pozostali przewoźnicy. Od kilku lat realizuje swoje połączenia, dostosowując ofertę do realiów operacyjnych i dostępnej infrastruktury. To pokazuje, iż polski rynek kolejowy jest wymagający, ale jednocześnie przewidywalny dla operatorów, którzy planują działalność długofalowo i realistycznie oceniają swoje możliwości. W dłuższej perspektywie to właśnie stabilność i komplementarność ofert przewoźników kolejowych służą pasażerom i całemu rynkowi – zauważał szef PKP Intercity.
Czasami lepiej jeść małą łyżeczką. Sprawdzić się w boju, a dopiero potem napinać mięśnie. W innym przypadku mogą wyjść problemy.








