
Metale ziem rzadkich stały się właśnie narzędziem geopolityki najwyższego szczebla. USA i Japonia przyspieszają, a Europa i Polska mogą zapłacić za to wyższą cenę.
USA i Japonia uruchomiły właśnie nowy plan działania dotyczący metali ziem rzadkich i innych surowców krytycznych. Teoretycznie chodzi o odporność łańcuchów dostaw, ale w praktyce stawka jest dużo większa: współfinansowanie projektów, koordynacja zapasów, mechanizmy cen minimalnych i budowa własnego surowcowego bloku poza Chinami. Dla Europy to zła wiadomość, bo świat właśnie przechodzi od wolnego rynku do geopolityki surowców, a w takiej grze wygrywają ci, którzy pierwsi zabezpieczą projekty, przetwarzanie i odbiór materiału.
USA i Japonia nie ogłosiły zwykłej współpracy, tylko próbę ustawienia rynku
Ogłoszony 19 marca plan USA-Japonia nie ogranicza się do dyplomatycznej deklaracji o bliższej współpracy. Obie strony zapowiedziały prace nad skoordynowaną polityką handlową i granicznymi mechanizmami wsparcia, w tym nad border-adjusted price floor mechanism, czyli rozwiązaniem opartym na cenach minimalnych dla wybranej grupy surowców krytycznych.
Do tego dochodzą wspólne działania przy identyfikacji projektów wydobywczych i przetwórczych, priorytetowe finansowanie, uzgadnianie standardów górniczych, kooperacja przy mapowaniu złóż, koordynacja zapasów i mechanizm szybkiej reakcji na zakłócenia dostaw. To nie jest już więc tylko klasyczna polityka handlowa, ale próba stworzenia półzamkniętego, sojuszniczego systemu bezpieczeństwa surowcowego.
Plan nie wskazuje jeszcze publicznie, które minerały obejmie najpierw cena minimalna, ale Reuters podaje, iż równolegle omawianych jest 13 projektów związanych m.in. z recyklingiem metali ziem rzadkich oraz z takimi surowcami jak lit, nikiel, gal, fluoryt i metale ziem rzadkich. Równolegle oba państwa uruchamiają też osobny kanał współpracy przy surowcach głębokomorskich, w tym przy japońskim projekcie rare-earth muds w rejonie Minamitorishimy. Nie chodzi więc o jedną kopalnię czy jeden zakład, tylko o budowę całego systemu od wydobycia po geopolityczny backup.
Cena to bardzo agresywne narzędzie
Najciekawszym elementem jest właśnie cena minimalna. Jej sens jest prosty: jeżeli ceny rynkowe spadają zbyt mocno, projekty poza Chinami często przestają się opłacać, bo nie są w stanie konkurować z producentem działającym na znacznie większą skalę i w innym modelu kosztowym.
Cena minimalna albo wspierane przez państwo umowy odbioru mają temu zapobiec, gwarantując inwestorom, iż projekt nie umrze tylko dlatego, iż rynek został chwilowo zalany tańszym materiałem. USTR już pod koniec lutego wprost prosił o komentarze do projektu plurilateralnego porozumienia o handlu surowcami krytycznymi, wymieniając ceny minimalne i taryfy jako narzędzia budowy odpornego i niezakłóconego rynku między państwami podobnie myślącymi.
Kilka dni temu Reuters opisał porozumienie Lynas z rządem USA, w którym Pentagon zgodził się na czteroletnią strukturę dostaw z ceną minimalną 110 dol. za kilogram dla tlenku NdPr, czyli mieszaniny neodymu i prazeodymu kluczowej dla magnesów trwałych. Właśnie to rozwiązania pokazują kierunek. Zachód nie chce już tylko dywersyfikować, ale gotów jest płacić za utrzymanie alternatywnego łańcucha dostaw choćby wtedy, gdy czysty rachunek rynkowy byłby mniej korzystny.
Cały ten ruch jest wymierzony w dominację Chin, choćby jeżeli w dokumencie nie pada ich nazwa
Oficjalny plan USA-Japonia nie wymienia Chin wprost, ale mówi o nierynkowych politykach i praktykach, które zostawiły gospodarki rynkowe podatne na zakłócenia i ekonomiczny przymus. To dość czytelny język zastępczy. Chiny nie tylko dominują w wielu łańcuchach przetwarzania, ale według obecnej ścieżki projektowej w 2035 r. mają przez cały czas odpowiadać za około 80 proc. rafinacji magnetycznych metali ziem rzadkich i grafitu bateryjnego.
Jeszcze mocniej problem widać po eksporcie. Jesienią 2025 r. Pekin rozszerzył kontrolę eksportu na kolejne metale ziem rzadkich oraz na części, komponenty i produkty wytwarzane z użyciem chińskich materiałów i technologii, co zwiększyło ryzyko dla sektora obronnego, półprzewodników, energetyki, motoryzacji i przemysłu lotniczego.
To właśnie dlatego cały spór o metale ziem rzadkich nie dotyczy wyłącznie zielonej transformacji. Takie materiały, jak NdPr, dysproz czy terb są potrzebne nie tylko w elektromobilności i turbinach wiatrowych, ale też w systemach wojskowych, radarach, elektronice użytkowej i lotnictwie.
Kiedy Waszyngton i Tokio zaczynają budować wspólny system cen, finansowania i zapasów, to nie robią tego po to, by rynek był trochę wygodniejszy. Robią to, bo uznały dostęp do tych surowców za kwestię bezpieczeństwa narodowego i przewagi przemysłowej.
Europa ma własny plan, ale problem polega na tym, iż Amerykanie i Japończycy zaczynają grać szybciej i ostrzej
Unia Europejska nie śpi. Rozporządzenie o surowcach krytycznych zakłada, iż do 2030 r. UE powinna pokrywać 10 proc. własnych potrzeb przez wydobycie, 40 proc. przez przetwarzanie i 25 proc. przez recykling, a udział jednego państwa trzeciego w dostawach na każdym etapie nie powinien przekraczać 65 proc.
Jednocześnie sama Komisja Europejska przyznaje, iż dziś 100 proc. metali ziem rzadkich używanych w UE do magnesów trwałych jest rafinowanych w Chinach. Europa widzi problem, ma już ramy prawne i listy projektów strategicznych, ale startuje z poziomu bardzo głębokiej zależności.
Wśród strategicznych projektów UE znalazł się m.in. zakład separacji metali ziem rzadkich w Puławach, który ma produkować tlenki neodymu, prazeodymu, lantanu i ceru potrzebne m.in. do silników z magnesami trwałymi. Problem polega na tym, iż w świecie, w którym USA i Japonia zaczynają wspólnie zabezpieczać finansowanie, odbiór i zapasy, każdy europejski projekt będzie musiał konkurować nie tylko z Chinami, ale także z coraz bardziej zintegrowanym blokiem sojuszniczym dysponującym większą siłą kapitałową i polityczną.
Mamy przekichane. Może nie jutro, ale pojutrze już może być problem
Nie chodzi o to, iż USA i Japonia zabiorą światu wszystkie metale ziem rzadkich. Surowce nie znikną nagle z mapy. Problem jest inny. Rynek przestaje działać jak zwykły rynek, a bardziej zaczyna przypominać system bloków strategicznych.
Jeśli największe gospodarki sojusznicze będą wspólnie ustalać minimalne poziomy opłacalności, uzgadniać wsparcie dla projektów, zabezpieczać wydobycie i koordynować zapasy, to podmioty spoza tego jądra (albo opóźnione względem niego) mogą zostać z wyższymi cenami, gorszą dostępnością i mniejszym wpływem na to, które projekty w ogóle powstaną. To szczególnie niebezpieczne dla Europy, która jednocześnie chce reindustrializacji, zbrojeń, transformacji energetycznej i wzrostu sektora półprzewodników.
Dla UE najgorszy scenariusz nie polega na fizycznym braku metali jutro rano, ale na tym, iż za kilka lat znajdziemy się w kolejce do rynku, który został już podzielony przez tych, którzy wcześniej uznali surowce za broń gospodarczą. A właśnie to zaczyna się dziś dziać. USA i Japonia nie ogłosiły zwykłego memorandum o współpracy. Ogłosiły, iż chcą wspólnie ustawić cały świat do pionu.












