
YouTube otworzył dla Hollywood narzędzie do wykrywania deepfake’ów. Gwiazdy mogą zgłaszać fałszywe materiały, ale to nie rozwiązuje wszystkich problemów branży.
No w końcu. YouTube otwiera dla Hollywood swoje narzędzie do wykrywania deepfake’ów i podszyć pod znane twarze. Aktorzy, muzycy, sportowcy i twórcy będą mogli zgłaszać do systemu własny wizerunek, a platforma ma wyłapywać potencjalne podróbki i umożliwiać składanie wniosków o usunięcie materiałów. Po miesiącach, a wręcz choćby latach, spektakularnych filmików AI branża filmowa wreszcie dostała coś więcej niż same apele o ostrożność. Problem w tym, iż to przez cały czas głównie narzędzie obronne, a nie rozwiązanie całego problemu.
YouTube daje gwiazdom coś w rodzaju Content ID dla twarzy
Nowy system działa według dość prostego schematu. Osoba publiczna albo ktoś z jej zespołu (agent, menedżer czy prawnik) zgłasza swój wizerunek do systemu. Platforma ma potem skanować serwis i oznaczać treści, które mogą wykorzystywać jego cyfrową replikę. Zespół danej osoby może taki materiał zostawić, jeżeli uzna go za nieszkodliwy, albo zażądać usunięcia. Co istotne, z programu mogą korzystać także osoby, które nie prowadzą własnego kanału na YouTube.
YouTube próbuje więc przenieść system znany z Content ID na obszar tożsamości i wizerunku. W przypadku muzyki czy filmu platforma od lat rozpoznaje chronione treści i pozwala właścicielom praw reagować. Teraz podobną warstwę ochronną dostają twarze, głosy i cielesność celebrytów. Dla Hollywood to bardzo istotna zmiana, bo w tej branży wizerunek jest nie dodatkiem do pracy, ale samą istotą zawodu.
To spóźniona odpowiedź na problem, który już dawno eksplodował
Moment rozszerzenia programu nie jest tu w żadnym razie przypadkowy. Branża rozrywkowa w ostatnich miesiącach dostała kilka mocnych sygnałów ostrzegawczych. Coraz łatwiejsze w obsłudze modele wideo pokazały, iż realistyczne podróbki gwiazd można dziś tworzyć szybko, tanio i na masową skalę. Viralowe filmiki z Bradem Pittem i Tomem Cruise’em, fałszywe trailery albo materiały z historycznymi postaciami sterowanymi przez użytkowników nie są już pojedynczym internetowym żartem.
Właśnie dlatego YouTube nie oferuje Hollywood luksusowego dodatku, ale coś w rodzaju cyfrowego ubezpieczenia. Im szybciej powstają nowe podróbki, tym większy problem z ich ręcznym wyłapywaniem. A w przypadku aktorów i celebrytów największą szkodę robi nie sam fakt istnienia deepfake’u, ale to, iż często jest on odkrywany dopiero wtedy, gdy zdążył już obiec sieć i wywołać szkody reputacyjne.
Aktorzy przez cały czas nie mają pełnej kontroli
I tu zaczyna się druga, znacznie mniej wygodna część. choćby jeżeli YouTube daje możliwość reakcji, nie obiecuje automatycznego zdejmowania wszystkiego. Oficjalna polityka platformy przewiduje, iż przy rozpatrywaniu skarg bierze się pod uwagę m.in. to, czy treść została sztucznie zmieniona, czy może wprowadzać widzów w błąd i czy narusza prywatność albo tożsamość danej osoby. Nie każda zgłoszona treść znika więc z automatu.
Sam YouTube zaznacza też, iż istnieją wyjątki związane z interesem publicznym, parodią czy satyrą. To oznacza, iż aktor czy celebryta może zobaczyć filmik z własną twarzą wygenerowaną przez AI i wcale nie mieć gwarancji, iż platforma go usunie. Brzmi to jak rozsądne wyważenie wolności twórczej i ochrony wizerunku. Sprawia to jednak, iż gwiazdy przez cały czas będą funkcjonować w szarej strefie pomiędzy legalnym żartem, zabawą fanów, a treścią, która już naprawdę narusza ich interesy.
Największy problem nie dotyczy jednego filmiku, tylko całego modelu pracy
Hollywood dostało więc bat na część problemu, ale nie na problem jako taki. Narzędzie YouTube może pomóc zdjąć fałszywy materiał z jednej platformy, ale nie zatrzyma samej produkcji deepfake’ów. Tego po prostu nikt nie zatrzyma. Nie odpowiada też na pytanie, co zrobić z treściami, które nie są obraźliwe, ale mimo to wykorzystują czyjś wizerunek bez zgody. A już na pewno nie odpowiada na najtrudniejszy dylemat branży: co w sytuacji, gdy AI nie tylko podrabia twarz aktora, ale zaczyna zastępować jego rzeczywistą pracę?
Portal Hollywood Reporter zaznacza, iż choć branża boi się deepfake’ów, to jednocześnie nie chce całkowicie odciąć się od ich komercyjnego potencjału. Agencje talentów inwestują w firmy budujące cyfrowe repliki, studia dostrzegają potencjał marketingowy w fanowskich przeróbkach, a sam YouTube myśli już o tym, czy kiedyś da się takie treści także monetyzować. Branża walczy więc nie z samą technologią, ale o to, kto będzie kontrolował jej użycie i kto będzie na niej zarabiał.
















