Koniec demokracji zaczął się w 2025 roku. Przyszedł z Doliny Krzemowej

konto.spidersweb.pl 2 godzin temu

Rok 2025 zapisze się w historii jako moment, w którym granice między wolnym rynkiem a polityczną kontrolą zaczęły się rozmywać szybciej, niż ktokolwiek chciałby przyznać.

To nie była apokalipsa w hollywoodzkim stylu. Nie było czołgów na ulicach, nie było puczu o świcie. Zmiana przyszła cicho, w białych rękawiczkach i z uśmiechem PR‑owców. Przyszła z Tel Awiwu, z Austin, z Mar‑a‑Lago. Przyszła z gabinetów zarządów firm, które od dawna mają większy wpływ na życie obywateli niż większość rządów.

To był rok, w którym korporacje technologiczne przestały udawać, iż są tylko firmami. Zaczęły pełnić funkcje państw – i robiły to otwarcie, bez pytania o zgodę. Wszystko pod sztandarem wolności słowa, powrotu do korzeni i przywracania równowagi. W praktyce: pod pretekstem, który miał przykryć największą operację demontażu demokratycznych zabezpieczeń w historii Internetu.

7 stycznia: dzień, w którym wszystko pękło

W sylwestra ubiegłego roku Mark Zuckerberg nagrał wideo, które wyglądało jak kolejne korporacyjne wystąpienie. Spokojny ton, neutralne tło, słowa o powrocie do misji i otwartym dialogu. A jednak to nagranie – opublikowane oficjalnie 7 stycznia – było punktem zwrotnym.

Meta ogłosiła likwidację programu fact‑checkingu. Programu, który powstał po wyborach w 2016 r., gdy świat zobaczył, jak łatwo zmanipulować miliony ludzi dzięki kilku viralowych kłamstw. Programu niedoskonałego, ale będącego ostatnią linią obrony przed totalnym chaosem informacyjnym.

Zuckerberg tłumaczył, iż fact‑checkerzy stracili zaufanie społeczne i stali się politycznie stronniczy. To były dokładnie te słowa, które od lat chcieli usłyszeć politycy walczący z moderacją treści. Według źródeł z Mety kilka tygodni wcześniej Zuckerberg odwiedził Mar‑a‑Lago, gdzie odbył niejawne rozmowy o przyszłości platformy. Niedługo później powołał wąski zespół doradców, który w tajemnicy przepisał politykę moderacji – bez wiedzy większości z 72 tys. pracowników firmy.

Efekt? Meta usunęła zapisy zakazujące mowy nienawiści wobec grup rasowych, religijnych, seksualnych. Zniknęły regulacje dotyczące treści transfobicznych. Zniknęły szczegółowe definicje, które przez lata chroniły użytkowników przed najbardziej toksycznymi formami agresji.

To nie był powrót do pierwotnych zasad. To było otwarcie bram. I Internet natychmiast je wypełnił.

Elon Musk pokazał jak wygląda świat bez hamulców

Jeśli ktoś chciał zobaczyć dokąd prowadzi taka filozofia to wystarczyło spojrzeć na X-a – platformę, którą Elon Musk przejął w 2022 r. i przekształcił w megafon jednej ideologii. Musk nigdy nie udawał neutralności. Przebudował algorytm tak, by promował treści zgodne z jego światopoglądem: nacjonalistyczne, antyrządowe, skrajnie prawicowe.

Przy ponad 210 mln obserwujących jeden jego retweet potrafił wynieść anonimowy wpis z niszowego konta na globalne nagłówki. Podczas wyborów w ubiegłym roku X stał się głównym kanałem dystrybucji teorii spiskowych i dezinformacji. Gdy pojawiła się absurdalna narracja o Haitańczykach rzekomo zjadających zwierzęta w Ohio Musk nie tylko jej nie zatrzymał – on ją wzmocnił.

Protect our ducks and kittens in Ohio! pic.twitter.com/YnTZStPnsg

— House Judiciary GOP 🇺🇸🇺🇸🇺🇸 (@JudiciaryGOP) September 9, 2024

🤣🤣🤣 pic.twitter.com/96vvZhvuSv

— Ted Cruz (@tedcruz) September 9, 2024

Months ago, I raised the issue of Haitian illegal immigrants draining social services and generally causing chaos all over Springfield, Ohio.

Reports now show that people have had their pets abducted and eaten by people who shouldn't be in this country. Where is our border czar? pic.twitter.com/rf0EDIeI5i

— JD Vance (@JDVance) September 9, 2024

A potem zrobiło się jeszcze ciekawiej. Musk dołączył do administracji Trumpa, oferując kierowanie nowo utworzonym Departamentem Efektywności Rządowej (DOGE). Człowiek kontrolujący jedną z największych platform komunikacyjnych świata miał teraz otrzymać dostęp do narzędzi państwowych. Granica między biznesem a władzą polityczną? W praktyce przestała istnieć.

TikTok zrobił to, czego nie potrafił żaden reżim

Podczas gdy Musk działał jawnie to TikTok robił swoje po cichu. Badania z początku roku pokazały, iż algorytm platformy promował treści skrajnie prawicowe bardziej niż jakiekolwiek inne. W Polsce tuż przed wyborami prezydenckimi przeciętny użytkownik dostawał ponad dwa razy więcej materiałów wspierających skrajnie prawicowego kandydata niż jego rywali.

To nie był przypadek. To był efekt systemu zaprojektowanego tak, by maksymalizować zaangażowanie – a nic nie angażuje tak skutecznie jak polaryzacja.

Podobne schematy wykryto w Niemczech, Rumunii i Kanadzie. TikTok stał się niewidzialnym graczem wyborczym, niepodlegającym żadnej kontroli. Gdy Rumunia unieważniła wybory prezydenckie z powodu manipulacji algorytmicznej stało się jasne, iż demokracja weszła w nową epokę – epokę, w której o wyniku głosowania decyduje nie obywatel, ale rekomendacja algorytmu.

Monopole technologiczne urosły do rozmiarów państw

W bieżącym roku nikt już nie udawał, iż Big Tech to rynek konkurencyjny. Google kontroluje 92 proc. wyszukiwania. Meta – komunikację trzech miliardów ludzi. Apple – bramę do aplikacji. Amazon – infrastrukturę chmurową, na której stoi większość Internetu. Microsoft – standardy rozwoju sztucznej inteligencji.

To nie są firmy. To są cyfrowe imperia.

Unijne regulacje, takie jak Digital Markets Act, okazały się zbyt wolne i zbyt miękkie. Komisja Europejska wyznaczyła siedmiu strażników rynku, ale egzekwowanie przepisów trwa latami. W tym czasie Google wymusza na wydawcach treści do trenowania AI, Meta zmienia algorytmy bez zapowiedzi, TikTok wpływa na wybory.

AI: narzędzie kontroli zamiast innowacji

Sztuczna inteligencja miała być przyszłością. Tymczasem stała się narzędziem, które przypomina najbardziej ponure rozdziały historii. Systemy rozpoznawania twarzy, profilowania behawioralnego i przewidywania ryzykownych zachowań są już wdrażane od Chin po Indie, od Brazylii po Izrael.

Please stay tuned while we make adjustments to the uh .… “algorithm”

— Elon Musk (@elonmusk) February 14, 2023

Badania pokazują, iż AI wzmacnia tendencje autorytarne. W tradycyjnych reżimach dyktator potrzebował lojalnych ludzi. W erze AI potrzebuje tylko dostępu do terminala. Maszyny nie mają sumienia. Nie mają wątpliwości. Nie mają skrupułów.

Fact‑checking umarł. Informacja stała się targowiskiem kłamstwa

Zanim Meta oficjalnie ogłosiła likwidację fact‑checkingu system ten i tak ledwo zipał. Badania pokazywały, iż jego skuteczność była ograniczona, a użytkownicy – niezależnie od poglądów – tonęli w oceanie dezinformacji. Mimo to fact‑checking pozostawał ostatnim, choć kruchym, mechanizmem, który próbował trzymać debatę publiczną w ryzach rzeczywistości. Teraz został rozebrany do fundamentów.

W jego miejsce Meta wprowadziła Community Notes – narzędzie, które w teorii brzmi jak demokratyczny ideał: każdy może dodać notatkę, każdy może uzupełnić kontekst. W praktyce oznacza to jednak, iż prawda przestaje być kategorią obiektywną. Staje się wynikiem głosowania. A w świecie, w którym AI generuje perfekcyjne deepfaki, bot‑farmy produkują tysiące fałszywych kont, a algorytmy promują treści wyłącznie na podstawie ich umiejętności wywoływania emocji – system oparty na głosowaniu jest systemem absolutnego chaosu.

Po wyborach w Rumunii, Niemczech i Polsce udowodniono, iż deepfaki wpływały na decyzje wyborców. W Rumunii skala manipulacji była tak duża, iż sąd konstytucyjny unieważnił całe wybory. To nie są ostrzeżenia ekspertów ani futurystyczne scenariusze. To wydarzenia, które już miały miejsce. A teraz, gdy fact‑checking został zastąpiony mechanizmem podatnym na manipulację, kolejne kryzysy są tylko kwestią czasu.

Bilionerzy przejęli państwo

I am willing to serve pic.twitter.com/BJhGbcA2e0

— Elon Musk (@elonmusk) August 20, 2024

Najbardziej symbolicznym momentem upadku demokracji był sojusz między najbogatszymi ludźmi świata a nową administracją Trumpa. Elon Musk zasilił kampanię kwotą 250 mln dol. Mark Zuckerberg zdemontował moderację treści, by przypodobać się władzy. Jeff Bezos zablokował redakcyjne poparcie dla Kamali Harris w Washington Post. Marc Andreessen i Ben Horowitz wpłacili niemal 50 mln dol. na rzecz republikańskich i pro‑kryptowalutowych inicjatyw.

To nie były zakulisowe darowizny. To były jawne transakcje między oligarchami a państwem.

I – co najbardziej szokujące – przyniosły natychmiastowe efekty. Musk otrzymał stanowisko w administracji. Zuckerberg uniknął postępowań antymonopolowych. W tym momencie stało się jasne, iż demokracja zmieniła właściciela. Nie ma już woli narodu. Jest ekosystem władzy, w którym miliarderzy kontrolują komunikację, podatki, edukację i przyszłość.

Europa walczy o ducha demokracji – i przegrywa

Jedynym miejscem, gdzie próbuje się jeszcze stawiać opór, jest Europa. Digital Services Act miał być przełomem: wymuszać przejrzystość algorytmów, raportowanie treści, odpowiedzialność platform. Ambitny projekt, ostatnia próba ratowania demokracji regulacjami.

Ale już dziś widać, iż to za mało.

Komisja Europejska nakłada kary – 2,95 mld euro dla Google’a, 200 mln dla Mety, 500 mln dla Apple’a. Brzmi imponująco, dopóki nie zestawimy tego z przychodami Big Techu. Meta zarobiła w ubiegłym roku 115 mld dol. Dwa miliardy euro kary to dla niej koszt prowadzenia działalności – jak drobne wrzucone do skarbonki.

A tymczasem, gdy Europa próbuje regulować rynek administracja Trumpa grozi cofnięciem wiz urzędnikom odpowiedzialnym za egzekwowanie przepisów. Musk otwarcie wspiera skrajnie prawicową AfD w Niemczech i Reform UK w Wielkiej Brytanii. To demonstracja siły technologicznych imperiów, które próbują kształtować ideologiczny krajobraz kontynentu.

Nadzór stał się wszechobecny. Prywatność przestała istnieć

Najbardziej przerażającym elementem nowego porządku są systemy nadzoru. Wszechobecne, zautomatyzowane, oparte na danych. Rządy kupują technologie od prywatnych firm. Prywatne firmy sprzedają dane rządom. Granica między bezpieczeństwem państwa a kontrolą społeczną zniknęła.

W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i całej Europie liczba kamer z rozpoznawaniem twarzy rośnie z roku na rok. Algorytmy profilują obywateli na podstawie ich aktywności w sieci. Systemy predykcyjne decydują, kto jest zagrożeniem. Wszystko w imię bezpieczeństwa.

A gdy Facebook wie, iż twoje dziecko jest zagrożone depresją, i zamiast cię ostrzec podsuwa mu treści pogłębiające kryzys, bo to zwiększa zaangażowanie – to nie jest już platforma społecznościowa. To narzędzie kontroli.

Ile czasu zostało demokracji?

Jeśli mamy być uczciwi to musimy przyznać: w bieżącym roku demokracja w klasycznym rozumieniu przestała istnieć. Została jej fasada – wybory, parlamenty, głosowania. Ale treść została przejęta przez algorytmy, miliarderów i korporacje, które nie podlegają żadnej demokratycznej kontroli.

Rok 2025 zapisze się jako moment, w którym pękła iluzja, iż Internet może być narzędziem emancypacji. Okazało się, iż dostęp do informacji nie oznacza dostępu do prawdy. Że wolność słowa oznacza wolność dla najbogatszych, by decydować, co widzą miliardy.

Nie ma drogi odwrotu. Algorytmy nie zostaną wyłączone. Miliarderzy nie oddadzą władzy. Monopole nie rozpadną się same. Jedyne, co nam pozostaje, to świadomość skali problemu i drobne akty indywidualnego oporu: rezygnacja z platform, budowanie wspólnot poza algorytmami, głośne nazywanie rzeczy po imieniu.

Rok 2025 nie będzie pamiętany jako początek nowej epoki. Będzie pamiętany jako koniec starej. Koniec systemu, w którym obywatele mieli realny wpływ na przyszłość. Początek algorytmicznego absolutyzmu – świata, w którym prawda nie istnieje, a rzeczywistość jest tym, co algorytmy zdecydują nam pokazać.

To nie jest przyszłość, którą przewidywaliśmy. To przyszłość, która już nadeszła. I w której żyjemy dziś.

Jest tego więcej
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google

Idź do oryginalnego materiału