Nie dajmy sobie odebrać zmiany czasu. Za dużo byśmy stracili

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Wiem, co mówię – też byłem zwolennikiem likwidacji zmiany czasu, ale nie tylko ją zaakceptowałem, ja ją doceniłem i czekam na nią z wytęsknieniem.

„Po co nam, do diaska, ta zmiana czasu?” – nie mam statystyk na ten temat, ale podejrzewam, iż w wielu domach podobne pytanie zostało zadane w minioną niedzielę przez tak wielu ludzi. I będzie jeszcze powtarzane wielokrotnie w nadchodzących dniach. Z każdym kolejnym razem wypowiadane bądź pomyślane będzie z większą złością i rozgoryczeniem, szczególnie tuż po tym, gdy mówiący te pełne żalu słowa zerknie na zegarek i nic nie będzie mu się zgadzać. Jak to, 15:30 i już ciemno? I tak do wiosny? W końcu przekleństwa zanikną, kiedy każdy pogodzi się z mrokiem. Pogodzi? Nie, to nie takie łatwe, wręcz niemożliwe. Prędzej: zaakceptuje, ale nie zapomni wyrządzonej krzywdy, oj nie.

I ja byłem kiedyś tym, który z pretensjami zerkał w stronę zegara. Przeszedłem wszystkie fazy, by w końcu umościć się w skromnym gronie entuzjastów zmiany czasu. Najbardziej podobał mi się etap nie krytyka, a raczej – sceptyka. Byłem wówczas przekonany, iż zmiana czasu może się odbywać albo może się nie odbywać, to nieistotne. Idźcie mi z tym starym problemem, istniejącym wyłącznie w waszych głowach. Tak, tak, w głowach, a nie realnie.

Byłem pewien, iż owszem, kiedyś można było odczuwać skutki, ale człowiek nowoczesny, z pomocą technologii, pokonał i tę barierę. W swojej błogiej naiwności wierzyłem, iż zmiana czasu mnie nie rusza – wskazówki skaczą raz w tę, raz w drugą stronę, ale dzieje się to poza mną. Wstaję w niedzielę, widzę, iż jest 10:00, to znaczy, iż jest 10:00 i tyle – co mnie obchodzi, jaka była wczoraj, tydzień wcześniej, a jaka będzie za kilka miesięcy, kiedy ta cała wasza wydumana zmiana czasu powróci. Powróci, a ja znowu jej nie zauważę!

Zmiana czasu mnie pokonała

Zburzyła wiarę w to, iż skoro odbywa się w locie, automatycznie, a człowiek już nie przestawia zegarków, nie męczy się, nie przeżywa tego fizycznie, tylko robią to za niego komputery, telefony, telewizory i inne sprzęty, to zmiana czasu istnieje tylko teoretycznie. Mogłem jej nie zauważać, nie chcieć jej widzieć, ale ją, co gorsza, w końcu poczułem. Zdałem sobie wreszcie sprawę, iż i na mnie ona wpływa. Źle spałem, byłem nieswój, potrzebowałem czasu, by wrócić na adekwatne tory – z roku na rok ten okres adaptacji się wydłużał. Aż w końcu nie zamierzałem udawać i pokłoniłem się zmianie czasu. Przegrałem.

Oto więc powód pierwszy, aby docenić zmianę czasu. Wydawać by się mogło, iż jest na straconej pozycji, jej znaczenie będzie maleć, aż w końcu zapomnimy, iż coś takiego istnieje; jedynie najbardziej sentymentalni będą pamiętać, kiedy w kalendarzu jest jej moment. Po reszcie to spłynie. A tu nic z tego – może nie musisz przesuwać wskazówek, grzebać w ustawieniach, ale i tak organizmu nie oszukasz. Nie bądź naiwny, człowieku nowoczesny!

Zmiana czasu potrzebowała czasu, aby mnie złamać. Każdą kolejną odczuwałem coraz gorzej. Zwykle jednak skutki czułem po. W tym roku nowość: przed.

W moim domu, kiedy tradycyjnych zegarów było kiedyś więcej, część z nich przestawiano wcześniej. Te najważniejsze, w dużym pokoju czy łazience, zawczasu modyfikowano w sobotę, aby w niedzielę mieć już mniej roboty, a przy okazji nie być zaskoczonym i nie wiedzieć, która jest adekwatnie godzina, kiedy człowiek się zbudzi. Oczywiście efekt był odwrotny od zamierzonego, bo dom był podzielony strefami czasowymi i nie wiadomo, gdzie pokazuje się porę na nowe, a gdzie na stare.

W tym roku poczułem się jak ten zegar, którego wskazówki na wszelki wypadek przesunięto wcześniej. Zauważyłem, iż już tydzień temu zacząłem przeliczać. Oho, za tydzień o tej porze, myślałem, będzie w zasadzie ciemno. Za cztery dni będzie nie 22:00, a 21:00. I tak dalej, i tak dalej. Odliczałem, wyprzedzałem czas. To jednak wcale nie oznacza, iż zmianę czasu przeżyłem lepiej, bo już wcześniej się do niej dostosowałem. Zmiana była tylko w mojej głowie, bo 16:00 dalej była 16:00, wstawałem jak zwykle, kończyłem pracę jak inni. Szykowałem się na zmianę czasu, ale to nie wystarczy, by się do niej przygotować. To chyba też jakaś cenna lekcja: będzie co ma być, więc nie ma sensu być takim hop do przodu.

Widziałem jednak, iż nie tylko ja tak miałem. Zmiana czasu nadeszła wcześniej w memach, filmikach na TikToku – jakbyśmy wszyscy nie tylko przeczuwali, iż zaraz nastąpi kulminacyjny moment – co było oczywiste, bo znamy się kalendarzu – ale wreszcie chcieli przeżyć to właściwie. Może to też dlatego, iż zrozumieliśmy, jak bardzo potrzebna jest ta chwila graniczna, odcięcia grubą kreską lata i przystąpienie w strefę mroku.

Dziś kilka jest takich chwil

Częściej można założyć, iż czas nie istnieje. Noc nie jest czasem odpoczynku, może być dalej okresem rozrywki, pracy, a choćby zakupów – nie tylko internetowych, bo i nad ranem odbierzemy paczkę z automatu, coraz częściej odwiedzimy dyskont, a w automacie kupimy pizzę, kebab, pierogi, ziemniaki czy inne wymysły, kiedyś niedostępne, dziś dostępne na wyciągnięcie ręki zawsze. Znicze w sklepach pojawiły się we wrześniu, w Gdańsku świąteczna choinka została postawiona.

I teraz: bach! Wraz ze zmianą czasu przychodzi otrzeźwienie. Od niej uciec się nie da, musi nadejść i musi wszystko przetasować. Zmiana czasu nie chce się dostosować, to ona tego wymaga. Jedna z niewielu rzeczy tak przewidywalnych, tak dobrze znanych, tak… normalnych. Ot, z 3:00 na 2:00, a nie z grudnia na październik, jak w przypadku choinki z Gdańska.

https://www.facebook.com/RadioGdansk/posts/2008968336968671?ref=embed_post

I nagle się okazuje, iż wszyscy adekwatnie jesteśmy tacy sami

Zachowujemy się identycznie – podchodząc do okna, jesteśmy zdziwieni, iż już ciemno. Z takim samym zaskoczeniem patrzymy na stare zegarki, które nie przestawiły się same. Przeliczamy, żartujemy do siebie, iż na stare byłaby ta i ta. Pocieszamy się: byle do przesilenia zimowego, potem dzień będzie się robił dłuższy. Przez resztę roku tyle może nas dzielić, a przy zmianie czasu mamy dowód, iż bywamy tak bardzo do siebie podobni. Reagujemy tak samo, narzekamy na to samo. Łączymy się w bólu: bo źle śpimy, jesteśmy nieswoi, czujemy się oszukani i zdradzeni. Może – tu wiem, iż przesadzam, ale chcę w to wierzyć! – łatwiej zrozumieć pewne humory, bo wiemy, iż wraz ze zmianą czasu weszliśmy w niełatwy okres.

Co więcej, raczej wszyscy się zgadzają co do tego, kto jest temu winny. Zwykle te uczucia pełne rozgoryczenia wysyłane pod adresem polityków towarzyszą tylko części; ta druga połowa musi chwalić ludzi ze swojego obozu, a pomstować na tych drugich. Tu mamy prawo mieć pretensję wszyscy, wszak obiecano nam zmianę czasu i co? Oczywiście nic się nie zmienia!

Choć, co niepokojące, chyba i tu twarda skała zaczyna pękać. Tylko 6 na 10 Polaków domaga się jej zniesienia, jak wynika z najnowszych badań Huawei CBG Polska. 18 proc. respondentów jest przeciwko (mówiłem, iż to nieliczne grono), a 21 proc. nie ma zdania. Albo po prostu są takimi sceptykami, jak ja dawniej: „a co nas to obchodzi, przecież nas to nie rusza”. Do czasu, moi drodzy, do czasu.

Tylko 6 na 10? Przecież to całkiem sporo!

Na pierwszy rzut oka może i tak.

Tyle iż jeszcze kilka lat temu „zdecydowana większość dorosłych Polaków” (78,3 proc. – dane z ankiety przeprowadzonej w listopadzie 2018 roku i 79,2 proc. – dane z ankiety przeprowadzonej w kwietniu 2019 roku) była przeciwko zmianie czasu. Dziś domagający się likwidacji przez cały czas stanowią większość, ale wygląda na to, iż banda jest przetrzebiona.

Patrzę na to z obawą. Hola, hola – powiecie. Martwisz się, a sam zdradziłeś obóz likwidatorów zmiany czasu!

Jestem hipokrytą, to prawda. Ale wolałbym, żebyśmy przechodzili na drugą stronę powoli, dyskretnie, bez pośpiechu, aby móc dalej pielęgnować wspólny front przeciwko zmianie czasu, jednej z niewielu rzeczy tak łączącej!

Tak, wychodzi na to, iż jestem kimś w rodzaju podwójnego agenta. Zmianę czasu doceniam nie ze względu na jej korzyści, magiczne efekty czy z czystej złośliwości – a niech się ludzie męczą. Lubię ją właśnie dlatego, iż nagle wszyscy przemawiają jednym głosem, w podobny sposób odczuwają skutki tego samego dzieła. Ach, gdyby tylko częściej ludzie zrozumieli, iż w wielu sprawach tak naprawdę stoją po tej samej stronie.

Zmiana czasu potrzebna jest pewnie też politykom. To wielki wróg. Męczymy się, pogrążamy w mroku. Czas z tym skończyć! Ileż można! I będą obiecywać, dawać nadzieję, wyznaczać terminy – teraz jeszcze nie, w przyszłym chyba też nie pójdzie, ale już za pięć lat się spotkamy i pogadamy. Potem przychodzi czas decyzji i zmiana czasu znowu ucieka katowi spod topora.

Śmieszne są te obietnice, bo już na starcie wiadomo, iż nic z tego nie będzie. Można jednak poudawać, poemocjonować się, mieć nadzieję. Farsa, ale z perspektywy wielu dzisiejszych światowych problemów tak niepoważna, tak głupkowata, iż aż urocza. Chciałoby się mieć tylko takie problemy. I raz na pół roku mamy, na dodatek większość się ze sobą zgadza. Jak miło.

Jeszcze zabawniejsze są próby dogadania się. Skoro nie możemy zlikwidować zmiany czasu, to chociaż przestawiajmy zegarki nie o godzinę, a o pół godziny. Każda taka negocjacja pokazuje, jak bardzo chcielibyśmy mieć wpływ, jak bardzo pragniemy okiełznać niewygodną rzeczywistość. A czasami – nie da się.

No dobra, akurat to jest problem, który faktycznie łatwo można by rozwiązać. Ale z drugiej strony to piękny symbol! Jak nie zakombinujesz, to i tak wskazówki się przesuną. Co zrobisz jak nic nie zrobisz. Wszyscy jednak jedziemy na tym samym wózku.

Może więc zamiast się siłować i próbować zatrzymać wskazówki, kiedy te uparcie chcą zmienić pozycję, lepiej to wszystko celebrować. Wyobraziłem sobie, iż zmiana czasu ma miejsce nie w nocy z soboty na niedzielę, a np. w ostatni poniedziałek października. Pracodawcy by się pewnie ucieszyli, pracownicy zostaną dłużej w pracy, ale spokojnie, nie przemawiam w ich interesie! Moment cofnięcia zegarków obserwowany byłby jak zaćmienie słońca, jak spadające gwiazdy, jak zorza polarna – z euforią i zachwytem. Wiwatowano by: oto mamy godzinę czasu więcej na rozmowy, spotkania, radość. Stanęłoby na godzinę nie 14 pociągów, a 500. Ile okazji do rozmów, wspólnego narzekania, debat, dzielenia się problemami i propozycjami, jak je rozwiązać.

Pomarzyć zawsze można, choćby nad absurdalnymi koncepcjami. Ale zauważcie, iż coś takiego już się dzieje – kiedy wypowiadacie słowa „już ciemno?!” albo „na stare byłaby…”. Robią tak teraz niemalże wszyscy, więc święto zmiany czasu już trwa!

Idź do oryginalnego materiału