
Ciągle nie znamy szczegółów związanych z atakiem na MyDr, który mógł dotknąć wielu Polaków. Pewne jest natomiast jedno: potężnych odszkodowań nie powinno się oczekiwać.
„Przede wszystkim chcę przeprosić za niepokój, stres i niepewność, które spowodowała ta sytuacja” – zaznaczył w niedawnym komunikacie Piotr Miluski, CEO MyDr, wyjaśniając, iż dopiero w najbliższych dniach zacznie się oficjalne informowanie placówek medycznych „zgodnie z RODO”. Ciągle nie wiemy, czy dane wszystkich 18 milionów osób zostały skradzione, odczytane lub upublicznione. Szef spółki podkreślał, iż sytuacja jest monitorowana i póki co nie wykryto, aby „dane objęte incydentem zostały publicznie udostępnione”.
Na analizę ciągle czekamy. Próbka przekazana wcześniej do weryfikacji zawierała imię i nazwisko, datę urodzenia, PESEL, dwa numery telefonu oraz region NFZ konkretnej osoby. Co by się stało, gdyby spełnił się najgorszy scenariusz i poufne dane milionów Polaków rozlały się po internecie, wpadając w mnóstwo niepowołanych rąk?
W rozmowie z „Rzeczpospolitą” Sławomir Kowalski, partner w kancelarii _Just_LAW, nie ma złudzeń – może być trudno o sowite odszkodowanie.
Mówiąc brutalnie, z perspektywy pojedynczej osoby, która padła ofiarą wycieku, dochodzenie roszczeń często po prostu się nie opłaca. W takich sprawach zdarzały się zadośćuczynienia na poziomie 1-3 tys. zł. Dlatego mimo poważnych wycieków nie obserwowaliśmy dotąd fali pozwów – wyjaśnił.
Tutaj sprawa dotyczy jednak bardzo specyficznych, bo medycznych danych. Mimo to komentujący ekspert i tak nie spodziewa się „spektakularnych sum”.
Podobnie uważa inny rozmówca „Rzeczpospolitej”. Dr hab. Arwid Mednis, radca prawny z kancelarii Mednis Legal, zauważa, iż w Polsce „nie ma tradycji zasądzania dużych kwot tytułem zadośćuczynienia”, jak to dzieje się choćby w Stanach Zjednoczonych.
Sądy do każdej sprawy mogą podchodzić indywidualnie
W końcu inne reperkusje mogą być w przypadku danych związanych z wizytą u lekarza leczącego grypę, a inne, gdy wyjdzie na jaw, iż ktoś leczy się psychiatrycznie. Nie wszyscy chcą się takimi szczegółami przecież dzielić i mają do tego prawo. Tymczasem szczegóły mogą ujrzeć światło dzienne.
Eksperci zauważają, iż koszty sądowe mogą przewyższać sumę, którą wygrałoby się w sprawie. „Rzeczpospolita” przypomina przykład sporu, gdy pozwana została firma pożyczkowa. Ofiara wycieku danych argumentowała, iż odczuwa silny stres związany z sytuacją finansową, wpływający na jej codzienne funkcjonowanie. Oczekiwała 30 tys. zł.
Sąd Okręgowy w Warszawie uznał jednak, iż odczucia – takie jak kłopoty ze snem, niepokój, a choćby kłótnie z żoną – były „nadmiarowe, o ile postrzegać je przez pryzmat naruszenia dóbr osobistych”. Przyznał wprawdzie 1,5 tys. zł zadośćuczynienia, ale koszty sprawy wyniosły ponad 8 tys. zł.
1,5 tys. zł to zresztą przeciętna wysokość zadośćuczynienia przyznawana przez polskie sądy – podkreśla „Rzeczpospolita”.
O ewentualnych odszkodowaniach trudno mówić, skoro wciąż nie znamy skali wycieku
Na antenie Polsat News minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski przyznał, iż „trwają ostatnie analizy prowadzone przez CBZC i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.
– Państwo przejęło i zabezpieczyło dane, które wyciekły. Nie zostały one jak dotąd upublicznione. Teraz trwa ich analiza, aby możliwe było umieszczenie ich w serwisie bezpiecznedane.gov.pl i umożliwienie obywatelom sprawdzenia, czy ich numer PESEL znalazł się w tym wycieku. Pamiętajmy, iż problem powstał po stronie prywatnej firmy, ale państwo zdecydowanie wkroczyło do działania. Zarówno CBZC, jak i prokuratura wykonują w tej sprawie bardzo dobrą pracę. jeżeli chodzi o termin zasilania serwisu bezpiecznedane.gov.pl informacją z tego wycieku, zależy on od działań policji – podkreślił wicepremier i szef resortu cyfryzacji.

















