Prywatność w sieci: od czego zacząć i dlaczego w ogóle ma to znaczenie

homodigital.pl 4 godzin temu

Prywatność w sieci a raczej jej brak stała się problemem dla nas wszystkich. Nie musimy być celebrytami, żeby algorytmy odnotowywały i analizowały każde nasze kliknięcie, wyszukiwanie, każdą zainstalowaną apkę. I wszystko to dzieje się zwykle bez naszej świadomości. W tym artykule wprowadzamy Was w podstawy ochrony prywatności w sieci i pokazujemy, od czego zacząć, by odzyskać nad nią realną kontrolę.

Jeszcze nigdy w historii ludzkości nie zostawialiśmy po sobie tylu śladów – i nigdy nie robiliśmy tego tak nieświadomie. Każde wyszukiwanie, kliknięcie i instalacja aplikacji dokłada kolejną cegiełkę do cyfrowego profilu, który często wie o nas więcej, niż bliscy znajomi czy najbliższa rodzina. Ochrona prywatności w sieci to nie domena paranoików czy informatyków, ale podstawowa umiejętność cyfrowa.

Dane behawioralne – żyła złota technologicznych gigantów

Kiedy mówimy o prywatności w sieci, większość osób myśli o danych osobowych: imieniu, nazwisku, adresie e-mail czy numerze telefonu. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. W praktyce znacznie cenniejsze są dane behawioralne, czyli informacje o tym, jak się zachowujecie w internecie.

Dlaczego? Bo marketingowca niespecjalnie obchodzi, jak się nazywamy, często nie chce też wiedzieć, gdzie mieszkamy. Wystarczy mu, iż wie, iż produkt, który stara się sprzedać, może być w polu naszych zainteresowań – a powie mu to algorytm wykorzystywany przez internetowych gigantów. Skąd to wie? Bo przeanalizuje, co czytasz i jak długo, na co klikasz a na co nie, jakie filmy oglądasz do końca, o której godzinie korzystasz z telefonu, jak gwałtownie przewijasz treści, czego szukasz w wyszukiwarce, gdzie się zatrzymujesz (lokalizacja) oraz z jakich urządzeń i sieci korzystasz. A to wystarcza do zbudowania bardzo kompletnego profilu osoby.

Na tym właśnie firmy internetowe zarabiają setki miliardów rocznie. W 2024 (na 2025 rok pełnych danych jeszcze nie mamy, ale będzie sporo więcej) Google sprzedał reklam i usług z reklamami związanych za około 265 mld dolarów, Meta za około 160 mld dolarów a Amazon za 56 mld dolarów. W sumie, w ciągu roku, te trzy firmy zarobiły na reklamach prawie pół biliona dolarów.

Pod tym względem firmy reklamy internetowej na głowę biją tradycyjnych reklamowych gigantów – największa na świecie agencja WPP miała w 2024 roku przychody rzędu 18,5 mld dolarów.

Skąd ten niezwykły sukces reklamy internetowej? Wynika właśnie z dostępności naszych danych, które nieświadomie rozdajemy na prawo i lewo, a które są wykorzystywane przez marketingowców, polityków i, jak się okazuje, również zwykłych oszustów. Nakłaniają nas oni do kupna przedmiotów, których nie potrzebujemy, nakłaniają do głosowania na partie, które wcale nie reprezentują naszych poglądów, albo skłaniają nas do oddania im naszych pieniędzy (albo wręcz tożsamości – z wszystkimi tego konsekwencjami) zupełnie za darmo.

Jeśli więc nie chcemy dać się zmanipulować, to powinniśmy chronić naszą prywatność. Zacznijmy od podstaw.

Prywatność w sieci zaczyna się od… bezpieczeństwa. Więc zadbaj o swoje hasła

Prywatność i bezpieczeństwo to tak naprawdę osobne, choćby jeżeli związane ze sobą pojęcia. jeżeli jednak ktoś o niezbyt dobrych intencjach zdobędzie hasło do jednego z naszych kont, zwłaszcza z tych najbardziej wrażliwych (na przykład Google czy Facebook), to konsekwencje dla naszej prywatności mogą być bardzo poważne. W szczególności jeżeli na przykład przechowujemy nasze dane logowania do wszystkich innych serwisów na koncie Google…

Więc do kwestii haseł musimy podchodzić bardzo poważne. Oto najbardziej podstawowe zalecenia:

  • Używajcie silnych haseł. Za w miarę bezpieczne uznaje się hasła z co najmniej 15 znakami. Długość i nieoczywistość hasła (nie używajcie „Litwoojczyznomoja”, choćby jeżeli liczba znaków się zgadza) są tak naprawdę ważniejsze niż cyfry, znaki specjalne itp.
  • Używajcie unikatowych haseł – nie stosujcie takich samych haseł w różnych serwisach.
  • A ponieważ niemal każdy z nas ma dziesiątki kont – w mediach społecznościowych, sklepach internetowych, u dostawców różnych usług, czy na platformach edukacyjnych i raczej nie zapamiętacie tych wszystkich kilkudziesięciu, a być może choćby kilkuset długich, unikalnych haseł, to używajcie menedżera haseł. Sam wygeneruje odpowiednio złożone hasło, zapamięta je, przechowa bezpiecznie, a nam zostanie zapamiętanie raptem jednego hasła – do menedżera haseł właśnie.
  • Używajcie, gdzie się da, uwierzytelniania dwuskładnikowego (na przykład oprócz hasła potwierdzenie przy pomocy aplikacji na telefon).
  • A jak już macie menedżera haseł, to od razu zapewnijcie sobie mocne hasło do swojego rutera.
  • Dzięki menedżerowi haseł łatwiej jest nam się rejestrować w serwisach internetowych swoim e-mailem i hasłem – pod względem prywatności lepiej nie korzystać z opcji „Zaloguj przez Facebook/Google”. Bo to są kolejne dane, które o nas zbierają giganci internetowej reklamy.

Jeśli nie wiecie, jakiego menedżera haseł wybrać, to otwarty i darmowy Bitwarden jest opcją dość często zalecaną przez speców od cyberbezpieczeństwa. Niezłe recenzje zbiera również Proton Pass od tej samej firmy co Proton VPN i z mojego doświadczenia wynika, iż ma odrobinę bardziej dopracowany UX niż Bitwarden. Ale to tylko dwie z możliwości – poszperajcie w sieci, by znaleźć to, co Wam odpowiada.

Raczej nie korzystajcie z menedżerów haseł wbudowanych w przeglądarki. Domyślnie nie oferują one ochrony hasłem i często są celem ataków cyberprzestępców, dla których zwłaszcza Chrome, ze względu na swoją popularność, jest szczególnie atrakcyjnym celem. Plus, jak Wam ktoś zhakuje konto Google (na przykład atakiem phishingowym), to dostanie się do wszystkich innych haseł.

Oczywiście większość z nas już ma tych kilkadziesiąt lub kilkaset kont a na nich niekoniecznie bezpieczne hasła. Nie zmienicie tego w pięć minut. Ale przynajmniej próbujcie zmieniać hasła za każdym razem, gdy się logujecie do jakiegoś serwisu ze słabym hasłem. Z czasem ich ubędzie. A te pozostałe? jeżeli przez parę miesięcy z takich kont nie korzystaliście, to może czas je zlikwidować i pozbyć się ryzyka?

Czas zmienić przeglądarkę?

Jak już mamy zabezpieczone hasła, to czas zająć się jednym z podstawowych miejsc, z których codziennie wyciekają nasze dane – naszą przeglądarką.

Codziennie zbierają i przechowują o nas informacje różne ciasteczka i trackery, wiele witryn kolekcjonuje nasz „cyfrowy odcisk palca„, czasem by ułatwić nam życie, ale nieraz po to, by nas zidentyfikować behawioralnie. jeżeli do tego dodamy przeglądarkę, która niezbyt dba o naszą prywatność, to otwieramy szeroko drzwi do naruszeń naszej prywatności.

A taką właśnie przeglądarką niezbyt dbającą o naszą prywatność jest najpopularniejszy w tej chwili Chrome. Według testów przeprowadzonych przez serwis Privacytest.org, Chrome jest jedną z trzech najsłabiej chroniących naszą prywatność przeglądarek spośród dwunastu przetestowanych. Pozostałymi dwoma słabeuszami są Edge i Vivaldi.

Dodatkowo, jakiś czas temu Google tak zmienił wymagania techniczne dla rozszerzeń w Chrome, iż wyeliminował najpopularniejsze bodaj narzędzie do blokowania reklam, trackerów i tym podobnych narzędzi, czyli uBlock Origin. Twórcy tego rozszerzenia byli zmuszeni stworzyć dla przeglądarki Google’a specjalną okrojoną wersję tego narzędzia, czyli uBlock Origin Lite.

Nie dziwmy się Google’owi – to wszak firma reklamowa. Daje nam wszystkie wygodne narzędzie, zwykle za darmo, właśnie po to, by zarobić na reklamach. Im lepiej targetowana reklama, tym skuteczniejsza, a więc Google zarobi więcej. Dbałość o naszą prywatność byłaby więc dla firmy przeszkodą w zarabianiu pieniędzy.

Na szczęście mamy alternatywy. Jak spojrzymy na testy Privacytest.org, to w oczy rzuca się skuteczność dwóch przeglądarek. To Mullvad Browser i Librewolf, dwie wzmocnione pod względem ochrony prywatności wersje Firefoksa, świetne jeżeli chodzi o zabezpieczanie nas przed nadmiernym wścibstwem stron internetowych, ale… oferujące nieco mniej gładkie przejście z Chrome niż tylko trochę gorszy Brave. Ten ostatni jest oparty na Chromium, czyli otwartej przeglądarce będącej podstawą Google Chrome, obsługuje wszystkie rozszerzenia Chrome (w tym pełny uBlock Origin) i oferuje nam bardzo dobre ustawienia domyślne, jeżeli chodzi o prywatność.

A jeżeli kochacie Chrome i nie chcecie z niego rezygnować? To pójdźcie sobie do Ustawień, wejdźcie do sekcji Prywatność i bezpieczeństwo i tam upewnijcie się, iż wyłączone są ciasteczka innych firm, wyłączcie wysyłanie informacji związanych z reklamami i wybierzcie „silniejszą ochronę” w sekcji bezpieczeństwo.

Treści w mediach społecznościowych? Tylko dla znajomych

Kolejnym miejscem potężnej ekspozycji informacji o nas są oczywiście media społecznościowe. One też żyją z reklamy i one też nie mają w związku z tym szczególnych powodów, by chronić naszą prywatność. Musimy zrobić to sami.

Przede wszystkim ograniczmy widoczność naszych treści – statusów, zdjęć, myśli głębokich – do naszych znajomych. A jeżeli „znajomych” mamy setki lub tysiące ( i tylko część z nich tak naprawdę znamy), to być może tylko do wybranych spośród znajomych.

Po drugie, nie przyjmujmy do grona znajomych byle kogo, a zwłaszcza osoby, której w życiu nie widzieliśmy na oczy.

Po trzecie, przemyślcie, czy faktycznie chcecie wszystkim znajomym pokazywać Wasze zdjęcia. Zwłaszcza jeżeli macie setki znajomych. A rodzinie i najbliższym przyjaciołom możecie podesłać linka do galerii w zdjęciach Google…

Sprawdźcie apki w telefonie

Kolejnym potencjalnym miejscem wycieku danych o nas jest nasz telefon, zwłaszcza taki z Androidem (Apple trochę lepiej dba o takie kwestie). Często aplikacje proszą nas o dostęp do jakichś uprawnień i odruchowo się na to zgadzamy.

Czas więc być może, by się tym uprawnieniom przyjrzeć. Przejdźcie do ustawień, wyszukajcie Menedżera uprawnień i tam posprawdzajcie, jakie apki mają jakie uprawnienia. Ze szczególnym uwzględnieniem dostępu do kamery, mikrofonu i lokalizacji.

Tylko najpierw dobrze pomyślcie, czy aplikacja nie potrzebuje takich uprawnień. Na przykład uprawnienia do kamery może mieć Mobilet, apka do biletów komunikacji miejskiej oraz opłacania parkowania. jeżeli w niej wyłączycie kamerę, to (przynajmniej w Warszawie) nie zeskanujecie kodu QR w autobusie czy tramwaju, co jest niezbędne do potwierdzenia zakupu biletu. I może was czekać kara za jazdę bez biletu, mimo iż za bilet zapłaciliście…

Kolejnym krokiem do poprawy prywatności jest usunięcie wszystkich aplikacji, z których nie korzystacie. Po co mają Wam zaśmiecać telefona i generować ryzyka?

Prywatność w sieci kosztuje. Głównie wygodę, ale nie tylko

Tych kilka moich propozycji na poprawę naszej prywatności w sieci to tylko podstawy podstaw – rzeczy, które powinien zrobić każdy, kto choć trochę dba o prywatność (jest spora grupa osób, która wydaje się w ogóle nie dbać).

Niestety, im bardziej dbamy o prywatność, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, iż mamy tu do czynienia z pewnym kompromisem – im więcej mamy prywatności, tym mniej wygodne staje się nasze cyfrowe życie. I czasem również droższe.

Wynika to z faktu, iż przyzwyczailiśmy się do korzystania, i to za darmo, z całej masy wygodnych cyfrowych usług. Mamy Gmaila, kalendarze, Chrome’a, Androida, aplikacje biurowe, dyski chmurowe z naszymi zdjęciami, mapy, tłumacze AI, chatboty AI w końcu – BigTechy z Google na czele otulają nas swoją komfortową ofertą, chcąc od nas jednego – naszej prywatności, by móc zarobić na reklamach. Koniec końców to oczywiście my płacimy, kupując niepotrzebny nam towar lub korzystając z wątpliwej jakości usługi.

Ale wyjście spod tej komfortowej kołderki komfortowe nie jest. Musimy poszukać alternatyw, pogrzebać w ustawieniach, pogodzić się z tym, iż jakaś usługa nie jest aż tak dopracowana jak te od Google’a. Albo wręcz zapłacić. Dla Google to my jesteśmy towarem, nie klientem (tym są reklamodawcy), więc może oferować nam usługi za darmo. Inne firmy muszą z czegoś żyć – więc chcą od nas pieniędzy. Bo dla nich to my jesteśmy klientem.

To nie oznacza, iż za prywatność musimy zapłacić krocie. Jak postaram się pokazać w kolejnych odcinkach serii o ochronie prywatności, której niniejszy artykuł jest pierwszym odcinkiem, ten koszt może być niewielki. A jeżeli pójdziemy na pewne kompromisy – praktycznie zerowy.

Źródło zdjęcia: Sztuczna inteligencja, model Nano Banana Pro

Idź do oryginalnego materiału