NED = Not Current Evidence of Disease = Brak aktualnych dowodów choroby
Co jakiś czas na portalach pojawiają się informacje o przełomie w leczeniu nowotworów. Głównym ich celem jest bez wątpienia generowanie kliknięć, gdyż jak już zagłębimy się w treść doniesienia, to okazuje się, iż tryumfalnie ogłaszanym przełomem jest nic nieznacząca identyfikacja n-tego genu, podobno ważnego w jakimś egzotycznym nowotworze lub marginalny wpływ jakiejś tam witaminy na zachorowania, lub przebieg czegoś tam. Wpływ tych rzekomych przełomów na faktyczne leczenie jest zerowy.
Drugim obok klikalności, a być może ważniejszym celem tego typu publikacji jest konieczność usprawiedliwienia przed społeczeństwami kolosalnych wydatków na badania nowotworów. Może akurat Polska nie robi w tej dziedzinie zbyt wiele, ale kraje bogatego Zachodu wydają co roku grube miliardy. Wystarczy wspomnieć kolosalny program administracji Bidena Cancer Moonshot, który jak do tej pory nie przyniósł żadnych wyników. Może przyszedł czas, aby skontrolować księżycowe rachunki, czy wyniki są na Księżycu?
Obecne sukcesy medycyny nie dają zbyt wiele powodów do radości. Przykładowo przyjrzyjmy się przypadkowi nowotworów tarczycy, wyjątkowo uleczalnych w 90%. Leczenie polega tu na całkowitym usunięciu narządu, a uniknięcie nawrotów i przerzutów ułatwiła sama natura. Mianowicie komórki tarczycy, te zdrowe i te nowotworowe wychwytują jod. Można więc, dostarczając radioaktywnego jodu wymordować wszystkie te komórki, również, gdy są rozproszone po całym organizmie. Terapia celowana.
Warto jednak zauważyć, iż ten wielki sukces medycyny po pierwsze został umożliwiony przez szczególne cechy komórek tarczycy znane każdemu studentowi medycyny, a po drugie okupiony jest całkowitą utratą narządu. Bez tarczycy można żyć (marnie), przyjmując hormony, ale spróbujcie zrobić to z mózgiem. Docelowa grupa pacjentów radykalnie maleje, zostaje tylko grupka polityków i aktywistów.
Główne środki idą na badania genetyczne, które są niezwykle kosztowne i mogą być ślepą drogą, przy prawie całkowitym pominięciu innych tropów. Na przykład metabolicznego.
Thomas N. Seyfied: Rak jako choroba metaboliczna, O pochodzeniu, leczeniu i zapobieganiu nowotworom
Około 100 lat temu Otto Heinrich Warburg (laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny w 1931 roku) zauważył, iż komórki nowotworowe żyją dzięki beztlenowej fermentacji glukozy. Ten dobrze znany fakt skłania wielu pacjentów do diety ketogenicznej (bez węglowodanów), podczas której organizm jak za dawnych paleolitycznych czasów żywi się tłustym mięsem i produkowanymi z tłuszczu ciałami ketonowymi. Minimalne ilości potrzebnej glukozy organizm uzyskuje, przetwarzając białka, ale dostępnej glukozy w krwiobiegu jest mniej, poziom insuliny spada i komórki rakowe mają problem. Czyli chcąc zwalczyć raka, jemy mięso, to podobno rakotwórcze i niezwykle szkodliwe tłuste mięso.
W wielu przypadkach na diecie ketogenicznej następuje spowolnienie choroby, ale wyniki są niejednoznaczne, do tego z jakiegoś powodu ortodoksja medyczna uważa, iż kroplówka z glukozą to dla wycieńczonego pacjenta samo dobro i o kroplówce z ketonami nie pomyśli. Niemniej jednak efekt Warburga jest znany i wykorzystywany np. w diagnostyce PET, gdzie kluczem są preferencje komórek nowotworowych w wychwycie glukozy, ale nic więcej z tego dla onkologii nie wynika.
Na pewno dieta niskowęglowodanowa ma znaczenie w profilaktyce, zmniejszając ryzyko takich chorób metabolicznych jak cukrzyca typu 2 i insulinooporność, a w wyniku miażdżyca i zawały. Ponadto obniżając IGF-1 i insulinę redukuje najważniejsze czynniki wzrostu wielu nowotworów. Oczywiście badań w tym kierunku brak, bo nie ma czego opatentować.
Odrobaczacz dla koni, nie dla ludzi
Czy pamiętacie covid-1984, iwermektynę i medyczne autorytety wyśmiewające maluczkich chcących leczyć się „końską pastą”? No więc końska pasta wraca i zwycięża. Dzięki niej na ciemnym polu obecnej onkologii pojawiła się jaśniejsza plamka, czyli niedawne badanie opublikowane w czasopiśmie onkologicznym Anticancer Research.
https://ar.iiarjournals.org/content/46/6/3243#T3
https://doi.org/10.21873/anticanres.18194
Wyniki kliniczne iwermektyny i mebendazolu w warunkach rzeczywistych u pacjentów onkologicznych: wyniki prospektywnego badania kohortowego
Streszczenie
Kontekst/Cel: Leki o zmienionym przeznaczeniu oferują ścieżkę do identyfikacji dostępnych i niskotoksycznych terapii przeciwnowotworowych. Iwermektyna i mebendazol wykazują wielokierunkową aktywność przeciwnowotworową w modelach przedklinicznych. Niniejsze badanie ocenia rzeczywiste wyniki zgłaszane przez pacjentów, bezpieczeństwo i przestrzeganie zaleceń lekarskich u pacjentów z rakiem stosujących tę kombinację.
Pacjenci i metody: Przeanalizowaliśmy prospektywną kohortę obserwacyjną 197 pacjentów z rakiem, którym przepisano iwermektynę i mebendazol poza wskazaniami, za pośrednictwem amerykańskiej platformy telemedycznej. Uczestnicy otrzymywali kapsułki złożone (25 mg iwermektyny, 250 mg mebendazolu). Dane zebrano dzięki standaryzowanych ankiet cyfrowych na początku badania i po 6 miesiącach obserwacji. Łącznie 122 uczestników (61,9%) ukończyło obserwację. Pierwszorzędowe punkty końcowe obejmowały samoocenę stanu nowotworu, przestrzeganie zaleceń lekarskich i działania niepożądane. Przedziały ufności obliczono metodą Wilsona, a analizy stratyfikowane dawką przeprowadzono dzięki testów chi-kwadrat.
Wyniki: Średni wiek badanej kohorty wynosił 67 lat, z równomiernym rozkładem płci i zróżnicowanymi nowotworami złośliwymi, najczęściej prostaty (27,9%) i piersi (18,3%). Mediana czasu od diagnozy wyniosła 1,2 roku, przy czym 37,1% pacjentów zgłosiło aktywną progresję choroby na początku badania. Po sześciu miesiącach odsetek pacjentów stosujących się do zaleceń był wysoki – 86,9% pacjentów ukończyło leczenie, a 66,4% kontynuowało terapię. Współczynnik korzyści klinicznych (CBR) wyniósł 84,4% (95% przedział ufności = 77,0–89,8%). W okresie obserwacji 48,4% uczestników zgłosiło regresję guza lub brak objawów choroby (32,8% NED; 15,6% regresja), 36,1% zgłosiło stabilizację choroby, a 15,6% zgłosiło progresję. Działania niepożądane, zgłoszone przez 25,4% pacjentów, były zależne od dawki i miały przeważnie łagodny charakter, głównie ze strony przewodu pokarmowego, przy czym 93,6% kontynuowało terapię po dostosowaniu dawki.
Zgłoszone terapie skojarzone obejmowały chemioterapię (27,9%), radioterapię (21,3%), zabieg chirurgiczny (19,7%), suplementy (49,2%) i modyfikację diety (37,7%).
Wnioski: W tej prospektywnej, rzeczywistej kohorcie pacjentów z chorobą nowotworową, iwermektyna i mebendazol wiązały się z wysokim odsetkiem zgłaszanych przez pacjentów korzyści klinicznych i dobrą tolerancją. Wyniki te stanowią podstawę hipotez i potwierdzają potrzebę przeprowadzenia randomizowanych badań kontrolowanych.
Zarówno iwermektyna, jak i mebendazol mają bogatą, wczesną literaturę, wykazującą wielokierunkowe działanie przeciwnowotworowe, ukierunkowane na komórki macierzyste nowotworów. Opublikowane wcześniej wyniki badań in vitro (komórki laboratoryjne) i in vivo (pacjenci), a także niewielkie raporty kliniczne sugerują potencjalnie korzystne działanie tych i pokrewnych im leków.
Iwermektyna i mebendazol – napisali autorzy – to dwa powszechnie stosowane środki przeciwpasożytnicze, które wykazały bardzo obiecującą aktywność przeciwnowotworową w modelach przedklinicznych – ponad 14 różnych efektów przeciwnowotworowych w przypadku ponad 12 typów nowotworów i doskonałe bezpieczeństwo u pacjentów chorych na raka.
Oba leki są już od bardzo dawna stosowane u ludzi w leczeniu innych schorzeń, więc wiadomo, iż są bezpieczne i charakteryzują się niską toksycznością. Ponadto są tanie i łatwo je przyjmować jako tabletki, więc ryzyko i koszty ich stosowania są minimalne. Porównajcie to z kosztami obecnych leków przeciwnowotworowych lub spustoszeniem w organizmie pacjenta po chemioterapii.
Oczywiście do tego konkretnego do badania można mieć całą masę zastrzeżeń. Po pierwsze stan pacjentów oceniany był subiektywnie na podstawie ankiet. Jednakże wszyscy oni równolegle leczeni byli standardowo, więc poddawano ich systematycznej profesjonalnej kontroli. Mało prawdopodobne jest, aby pacjenci do tego stopnia żyli urojeniami, aby przez kilka miesięcy ignorować rzeczywistość i ocenę lekarzy prowadzących.
Po drugie brak było randomizacji i grupy pacjentów przyjmujących placebo. Wszyscy uczestnicy zgłosili się sami i przyjmowali leki z pewnymi oczekiwaniami. Jednak tutaj znowu, trwająca kilka miesięcy poprawa stanu pacjentów onkologicznych spowodowana wyłącznie placebo nie jest częsta. Ponadto zamiast grupy placebo jako grupę kontrolną mamy całą społeczność pacjentów onkologicznych leczonych tradycyjnie, u których z reguły poprawa jest znikoma i krótkotrwała.
Terapie prowadzone równolegle u pacjentów biorących udział w badaniu
Możliwości podważenia wyników badania jest wiele. Być może ostateczny rezultat jest dziesięciokrotnie słabszy i korzyści z terapii odniosło tylko 8, a nie 84%. To i tak byłoby lepiej od większości obecnych terapii.
Niezależnie od wszelkich jego niedostatków, o ile istnieje jakiekolwiek najmniejsze choćby prawdopodobieństwo, iż tak duży sygnał odzwierciedla prawdziwy efekt, ma to ogromne znaczenie praktyczne, gdyż choćby niewielkie korzyści w zakresie przeżywalności lub kontroli choroby przy niskich kosztach i niewielkim ryzyku dla pacjentów mogłyby mieć ogromne znaczenie w skali populacji.
I tu rodzi się pytanie, czemu pomimo obiecującej literatury wstępnej nikt do tej pory nie przeprowadził badań na większą skalę? Oczywiście jest to pytanie naiwne. Te same czynniki, które sprawiają, iż terapia byłaby atrakcyjna dla pacjentów, są przyczyną braku badań, gdyż nie jest atrakcyjna dla koncernów. Oba leki są tanie i patenty na nie dawno wygasły. Gdyby okazały się skuteczne i zastosowano by je na masową skalę, to choćby zacofany i biedny bantustan mógłby u siebie tanio leczyć raka. choćby Polska. Wyschłyby miliardy dolarów wydawane corocznie przez bogate kraje.
Z jednej strony system upiera się, iż nikt nie powinien próbować nowych schematów leczenia bez potwierdzenia złotym standardem badań klinicznych RCT, z drugiej kształtuje sytuację tak, aby żadne znaczące badania się nie odbyły. Tymczasem tego typu badanie nie nastręcza żadnych problemów logistycznych, finansowych lub etycznych.
W takim badaniu bezpieczny lek o znikomych działaniach niepożądanych będzie podawany pacjentom, równolegle leczonym jak dotychczas w standardowy sposób. Nieujawniona podczas badania część z nich otrzyma placebo. Stan pacjentów onkologicznych jest i tak ściśle monitorowany, więc oprócz podawania leku (lub placebo) jedynym zadaniem badaczy jest okresowa analiza wyników. Do tego dochodzą problemy administracyjne, typu uzyskania wymaganych zgód i zezwoleń. Dla małej niezależnej organizacji takie badanie to poważne wyzwanie, dla koncernu drobiazg.
Fakt, iż takiego badania nie zrobiono do tej pory, jest wymowny. Nie mniej wymowny jest fakt całkowitego milczenia mediów głównego nurtu na temat opisanego badania. Gdzie jesteście mądrale, dziennikarze, medyczne doktory i profesory? Gdzie jest medycyna oparta na dowodach? Chyba niekoniecznie chcecie te dowody zobaczyć.
Dwa tanie leki przeciwpasożytnicze, które od dekad leżą na półkach, prawdopodobnie działają lepiej i bezpieczniej niż chemioterapia — tylko nikt do tej pory nie chciał tego porządnie zbadać, bo nie ma na tym miliardów do zarobienia.
Tymczasem środowisko lekarskie niezmiernie jest zdziwione dramatycznym spadkiem zaufania do przedstawicieli medycyny.















