
„Zwykły dom gdzieś w Polsce nagrany przez kamery Google Maps” – historia o prostych życiowych momentach pokazała, jak łatwo zmanipulować nie tylko teraźniejszość, ale też przeszłość.
Zdjęcie pierwsze. Miejsce akcji: typowa polska wieś. Rok – 2005 r. Widzimy rodzinę biesiadującą przy stole. Czujemy, jak wyginają się nogi plastikowych krzeseł, na których siedzą. W ustach mamy smak napojów gazowanych, które mogli wtedy pić. Już dawno nie są w sprzedaży, więc zazdrościmy im tej przyjemności, luksusu, którego choćby nie są świadomi. Na stole są pewnie ciastka z wiejskiego sklepiku, zaraz podane zostanie ciasto – musi tylko ostygnąć, żeby dzieci nie bolał brzuch. To może być późna wiosna albo wczesne lato. Jest pochmurno, ale wiemy, iż grill już się szykuje. A może wieczorem będzie ognisko?
Kolejna scena rozgrywa się pięć lat później. Gospodarz kosi trawę. Wprawdzie trawnik nie jest specjalnie zarośnięty, ale nie szkodzi, obowiązek to obowiązek. Może popołudniu przyjadą goście? Może szykuje się kolejna biesiada przy stole? Pewnie nie ma już lokalnego sklepu, nie będzie więc ciastek. Napoje też będą inne. Ale smak babcinego ciasta ciągle ten sam.
Już jesteśmy w 2015 r. Powodzi się – domek ocieplony, pomalowany. Dach wymieniony. Na piętrze chyba ktoś mieszka. Wcześniej na górze była dykta, teraz przez uchylone okno wpada ciepłe powietrze. Ciekawe, kto żyje na tym dawnym strychu. Może młodzi wyremontowali poddasze, żeby móc w bardziej komfortowych warunkach spędzać weekendy i wakacje? Ale teraz ich najprawdopodobniej nie ma. To mogą być ostatnie dni lata. Gospodarze, mąż z żoną, najpewniej babcia z dziadkiem, siedzą na krzesełkach i obserwują okolicę. Nie widać dokładnie, ale mogą to być te same plastikowe siedziska, co z biesiady sprzed dziesięciu lat. Gości brakuje. A może zaraz przyjadą? Może tylko pojechali rowerami nad rzekę? Będą głodni, jak wrócą, więc w domu już wszystko naszykowane, tylko czekać, aż przyniesie się stół i rozłoży przysmaki. Oczywiście, że, będzie drożdżowe ciastko, jakże by inaczej. Na sobotę miałoby nie być? Proszę choćby tak nie żartować.
Jest w tej scence coś uroczego, ale też smutnego. Może jednak dzieci dawno nie odwiedzały rodziców? Wnuczki już podrosły i nie chcą przyjeżdżać na wieś. W mieście jest ciekawiej. Zostały tylko wspomnienia. „A pamiętasz, jak dziesięć lat temu grali w piłkę, ganiali się po podwórku?”. Dobrze, iż dziadkowie mają chociaż do czego wracać. A przede wszystkim mają siebie. Tylko jak długo?
Wjeżdża inny obraz. W 2020 r. domek jest w gorszym stanie. Dach, który pięć lat temu był wyremontowany, jest zmasakrowany, jakby przez wieś rok w rok przechodziły ciężkie wichury. Płot wygięty, trawnik niezadbany, antena zdjęta. Gdzie są gospodarze? Czy wszyscy są zdrowi?
Wtedy może jeszcze byli. W 2024 r. dom popada w ruinę. Szyby wybite, a żeby nikt nie wchodził, zabito je deskami. Chronią, tylko kogo i przed czym? Nikogo już dawno tu nie ma, wszystko, co cenne, zostało dawno wyniesione.
Co za niesamowita historia! Całe życie, z wszystkimi jego słodkościami i goryczą, uchwycone w jednej aplikacji. I choćby nie taki był cel. Przejeżdżające samochody technologicznego giganta miały skanować okolicę i przenieść ją do wirtualnego świata, a przez przypadek uchwyciły całą prawdę o naszym pobycie na tym łez padole. Liczą się tylko chwile. Jesteś, śmiejesz się, bawisz, potem tęsknisz, przeżywasz, ale co to zmienia – dni są policzone. Zostanie po tobie co najwyżej kilka desek i powybijanych szyb.
„Jesteś potężny, a umierasz jak pies i mrówka, z większym niż one żalem, a potem gnijesz, ciebie pytam, człowieku, kiedy stoczą cię już czerwie, kiedy twe ciało rozpłynie się już w wilgoci grobu i kiedy twoje prochy przestaną istnieć, gdzie jesteś wtedy?” – pytał w napadzie furii narrator „Pamiętników szaleńca” Gustave’a Flauberta. I choć patrząc na te kadry nie czujemy może aż takich emocji, to podobne pytanie zadźwięczy i nie da spokoju. Gdzie będziesz człowieku? Czy to wszystko ma sens?
Może i nie ma, ale warto było dla tych kilku chwil. Patrzysz na te urocze kadry z Google Street View i nie masz żadnych wątpliwości.
Czy to możliwe, iż samochody Google’a zupełnym przypadkiem zarejestrowały to wszystko na jednej wsi i teraz, po latach, ukazują nam ciepłą opowieść o przemijającym życiu, kadr za kadrem, scena za sceną? To tylko ułamek czyjegoś życia, ale wiemy wszystko. Zobaczyliśmy, co trzeba było zobaczyć. Poznaliśmy, wcale nie przesadzam, prawdę. Możemy odnaleźć w tych scenach siebie. Płynie z nich smutek, to prawda, ale też jednocześnie ciepło, euforia i nadzieja. A najważniejsza lekcja brzmi tak: trzeba chwytać każdy moment, smakować i celebrować każdą sekundę, bo kto wie, co będzie dalej? Może w tym składzie spotykamy się po raz ostatni? Może już więcej nie zajedziemy na to podwórko, a na pewno nie po to, żeby zjeść babcine ciasto, wypocząć pod drzewem i usiąść na plastikowym krześle, które zawsze się zapada.
Jest tylko jeden problem – Google Maps nie było świadkiem tych scen. Wcale się nie wydarzyły
Zmontowany filmik z kadrów rzekomo znalezionych na Google Street View zobaczyłem na Linkedinie. W komentarzach ktoś zauważył, iż cała opowieść rozłazi się już na samym początku. Niemożliwym jest, żeby takie zdjęcie powstało w 2005 r., bo tak wcześnie samochody Google’a w Polsce nie jeździły. Ba, choćby na świecie funkcja zadebiutowała dopiero w 2007 r. i obejmowała raptem pięć amerykańskich miast. Pilotaż raczej nie był prowadzony na polskiej wsi.
Więcej rzeczy się nie zgadza. Dlaczego rodzina siedzi tak blisko drogi? Jasne, miło się pokazać sąsiadom, niech patrzą i widzą, mamy gości i zastawiony stół, ale… bez przesady. Lepiej ucztować w głębi podwórka, pod widocznym w tle drzewem. Po co wdychać spaliny przejeżdżających aut. choćby jeżeli to mało ruchliwa droga, to i tak jedno auto na godzinę by przeszkadzało.
Dlaczego kilka lat później małżeństwo siedziało w tak dziwnym miejscu, pośrodku niczego? Krzesła powinny być ustawione choćby pod ścianą, jak zwykle się to robi. Tu punkt obserwacyjny jest dziwny, bardzo dziwny. Aż chce się powiedzieć, iż żaden człowiek by na to nie wpadł.
Pytania tylko się mnożą. Wystarczyło kilka lat, żeby dom aż tak bardzo się rozsypał? Wymieniony dach powrócił do swej dawnej formy?
Szczegóły łatwo było pominąć, szczególnie kiedy łzy wzruszenia zalewały oczy. Filmik jest sprytną manipulacją i w sumie trudną do wychwycenia. Doskonale wiemy, iż ewentualne artefakty można byłoby tłumaczyć niedoskonałością Google Street View. choćby prawdziwe zdjęcia bywają rozmazane, niedokładne, niemożliwe do rozszyfrowania. Tutaj jednak nie zgadza się znacznie więcej rzeczy.
A więc tak to już będzie wyglądać. Sztuczna inteligencja sprawia, iż nie poznajemy rzeczywistości, nie możemy wierzyć w to, co nam się pokazuje i przedstawia jako teraźniejszość, bo nie mamy pewności, czy to prawda. Ta we współczesności raczej nie ma się zbyt dobrze, o ile kiedykolwiek panowały lata jej świetności.
Żeby jednak nie dać spokoju przeszłości, temu, co już się wydarzyło? To skandal. Tym bardziej iż Google Street View i bez tej ckliwej narracji jest fantastycznym archiwum. Przenieście się do 2012 r., a zobaczycie na balkonach flagi z Euro 2012. Na kadrach z 2011 r. widoczne będą sklepy, które teraz nie istnieją, domy, które dopiero mają zostać rozebrane, drzewa, które za moment zostaną ścięte, ale wtedy jeszcze stoją i wydaje się, iż nic nie ma prawa ich ruszyć. Osiedlowy sklep ze starą nazwą, kiosk, przy którym ktoś choćby się nachylał i coś kupował. Może dostrzeżecie sąsiada nieżyjącego od lat i wasze stare auto. To wszystko tu jest. Nie trzeba niczego zmyślać ani koloryzować.
Odnajdźcie facebookowe grupki, retro profile wypełnione nostalgią. Mają istotną przewagę: one pokazują zdarzenia takie, jakie były naprawdę. A przecież ponoć tylko prawda jest ciekawa.
Wygląda na to, iż przegrywa, jeżeli nie jest podana w tak atrakcyjnym sosie, z wyłożoną czarno na białym historią o przemijaniu i odchodzeniu. To prawda, w zasadzie wszystko jest opowieścią o utracie i zmianie, o tym, iż czas przepływa przez palce i nic z tym nie zrobisz. Wybierając losowe kadry musimy się domyślać, dopowiadać, gimanstykować. Nic nie jest podstawione pod nos, jak w tym wzruszającym, choć zmanipulowanym filmie.
Odkryłem ostatnio facebookowy profil PKSy w Łódzkim. Autorzy prezentują zdjęcia starych autobusów, ciekawostki o trasach, pokazują też jeszcze istniejące stare wiaty i przystanki. To ostatni moment, aby je uwiecznić. Patrzę na fotografie i to wszystko widzę: chłopaków siedzących na ławkach, przejeżdżające auta, które ochlapują czekających na busa zimą, ciepło, które bucha, gdy wyjdzie się z autobusu i idzie w swoją stronę.
No tak, ale trzeba sobie to wyobrazić, samemu zlepić, być nie tylko widzem, ale reżyserem i scenarzystą. I choćby nie ma gwarancji, iż tak właśnie było. W zmontowanym filmiku dostajemy przyjemną iluzję.
Cóż z tego, iż to kłamstwo, zbitek scen, które się nie wydarzyły. Ale czy nie mogły?
Mało tego, nie dość, iż cała opowieść jest prawdopodobna, to ona wręcz naprawdę miała miejsce. My tam byliśmy i siedzieliśmy. No dobrze, niedokładnie tam, ale rzeczywiście wielu z nas przeżyło pokazane zdarzenie. Byliśmy na tych podwórkach, które pełne były hałasu, śmiechu i gwaru. Piliśmy gazowane napoje, zajadaliśmy się ciastem, odchylaliśmy się na plastikowych krzesłach, które łatwo mogły się złamać. Oblewaliśmy kompotem ceratę, ale to żaden problem – zetrze się i zmyje.
Mijając dziś opuszczone, niszczejące domy, wyglądające tak, jakby ich właściciele wyszli tylko na chwilę i zaraz toczyć się będzie dobrze znane życie, możemy łatwo sobie wyobrazić przedstawione w filmiku kadry. To nie oszustwo jak żyrafy skaczące na trampolinie w przydomowym ogródku. Na swój sposób to porządkowanie wspomnień. Rozszerzenie?
To naprawdę interesujące, iż potężne narzędzie przyszłości, całkowicie zmieniające naszą rzeczywistość, wykorzystywane jest po to, aby utrwalić przeszłość. Staje się dziwnym sojusznikiem i pomaga stworzyć dowód: tacy byliśmy, tak żyliśmy. A przecież to jednak nie my.
Każdy spreparowany materiał jest zły. Nawet niewinny żart może wymknąć się autorowi spod kontroli i zacząć żyć własnym życiem, okłamując ludzi i wprowadzając ich w błąd. Intencje mogą być dobre, ale nad lawiną konsekwencji trudno później zapanować. I chociaż w tym przypadku konieczność sięgnięcia po kłamstwo – wynikająca z tego, iż nie wierzymy, iż nasze wspomnienia są wystarczające? A może z tego, iż nie wierzymy, iż przetrwają i trzeba tworzyć kolejne kopie, lepsze, tak by pasowały do rzeczywistości? – zawsze niepokoi, to jakoś nie mogę irytować się na tych, którzy wzruszyli się tym filmem. Jestem skłonny wybaczyć również tym, którzy go stworzyli, choć może mieli inne zamiary. Wiedzieli, iż nostalgicy to łykną i będą ronić łzy. Teraz siedzą i śmieją się z naszej naiwności. Może oni sami nie przewidzieli, do czego doprowadzą.
Interesujące jest to manipulowanie wspomnieniami: ożywianie zdjęć, sprawianie, iż dziadkowie widoczni na fotografii, dotychczas zastygli w pozie, czule się obejmują i uśmiechają do żywych. To też bardzo ryzykowne. Na grupkach pojawiały się prośby np. o usunięcie kuzyna z fotografii, bo ktoś chce tylko oglądać babcię. No tak, ale nie przez przypadek kuzyn stanął do zdjęcia. Być może został o to poproszony, taka była wola samej babci? Czy wymazując go ze zdjęcia, nie sprawiamy, iż znika też z pamięci? Cała ta scena zostanie zapamiętana w zmienionej formie, a za kilka lat przodkowie będą pytać: jaki kuzyn, nikogo na takim zdjęciu nie było.
Takie spojrzenie zakłada jednak, iż nasza pamięć to twardy dowód i to, co pamiętamy, równa się temu, co się wydarzyło. Tymczasem nie dość, iż wiele zdarzeń każdy postrzega inaczej, to pamięć płata nam figle. Nie można jej ufać. W moich wspomnieniach pabianickie podwórko, na którym znajdowała się nasza kamienica, jest gigantyczne. Samo przejście przez bramę było długą przeprawą, a potem trzeba było jeszcze pokonać spory dystans. Szczególnie wieczorami miałem wrażenie, iż moja klatka jest bardzo odległą wyspą. Najpierw garaże, potem komórki – chciałem je jak najszybciej minąć, by być w końcu u siebie, a trasa tylko się wydłużała.
Kiedy odwiedziłem miejsce po latach, byłem w szoku, iż podwórko jest tak małe, wąskie i krótkie. To logiczne, iż inaczej patrzy się na świat będąc niskim dzieckiem, ale mimo konfrontacji wspomnień z rzeczywistością mam wrażenie, iż to perspektywa chłopaka sprzed ponad dwudziestu lat bliższa jest prawdzie. Po prostu taka rzeczywistość się zapisała i taka już została w mojej głowie.
I tak jest z wieloma sprawami. Nie wiem, czy to wystarczające tłumaczenie, które jest w stanie usprawiedliwić zmyślanie przeszłości. Raczej nie. Można jednak pozwala ze zrozumieniem patrzeć na tych, którzy chcą ją tak modyfikować, by w ogóle móc ją zapamiętać i przybliżyć innym?








