Granice wolności słowa w Internecie ponownie stały się przedmiotem publicznej debaty. W lutym tego roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zakończył wieloletni spór dotyczący tzw. „mapy dzikiej reprywatyzacji”, uznając, iż rozpowszechniane wcześniej informacje naruszały dobra osobiste przedsiębiorcy Roberta Szustkowskiego. W uzasadnieniu sąd wskazał, iż wolność słowa oraz powoływanie się na interes publiczny nie mogą być traktowane jako usprawiedliwienie dla rozpowszechniania informacji nieprawdziwych, które godzą w reputację innych osób.
Sprawa trwała blisko 10 lat i dotyczyła wypowiedzi aktywisty Jana Śpiewaka. W pierwszych etapach postępowania dwie instancje sądowe oddaliły w tym zakresie powództwo. Dopiero Sąd Najwyższy uchylił wcześniejsze orzeczenie w tej części i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia. W efekcie Sąd Apelacyjny nakazał Śpiewakowi przeprosiny. Jak podkreśla Szustkowski, wyrok ma dla niego szczególne znaczenie, ponieważ – jego zdaniem – jasno pokazuje, iż debata publiczna, choćby gdy dotyczy spraw o dużym znaczeniu społecznym, musi opierać się na sprawdzonych i rzetelnych informacjach. Wcześniejsze orzecznictwo w tym zakresie bywało bowiem niejednolite.
Zdaniem przedsiębiorcy problem nie kończy się jednak na jednej sprawie. Jak twierdzi, medialna nagonka na jego osobę trwa od 2016 roku. Do dziś w internecie pojawiło się – według raportu z monitoringu – ponad dziewięć tysięcy negatywnych wzmianek na jego temat. Nowe publikacje pojawiają się niemal każdego dnia. W jego ocenie walka z nieprawdziwymi informacjami w przestrzeni publicznej przypomina walkę z wiatrakami, ponieważ raz rozpowszechniona informacja bywa powielana przez lata, zwłaszcza jeżeli jest sensacyjna lub politycznie atrakcyjna.
Jako przykład wskazuje powracający w debacie publicznej wątek zamiany domów prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego sprzed niemal dwudziestu lat. W publikacjach na ten temat pojawiały się – jak twierdzi – również nieprawdziwe informacje dotyczące jego osoby. Część z nich była już przedmiotem postępowań sądowych, w których stwierdzono naruszenie jego dóbr osobistych. Mimo to, jak podkreśla, wciąż pojawiają się w kolejnych materiałach prasowych i komentarzach. Szustkowski przypomina, iż w 2024 roku publicznie oświadczył, iż nigdy nie poznał Adama Glapińskiego i nie miał nic wspólnego z opisywaną zamianą nieruchomości, jednak – jego zdaniem – oświadczenie to jest pomijane w kolejnych publikacjach, które szerzą przez to dezinformację.
Według przedsiębiorcy lutowy wyrok może mieć znaczenie szersze niż tylko jego osobista sprawa. Zwraca uwagę, iż sądy – poza rozstrzyganiem sporów – współtworzą także standardy orzecznicze. W jego opinii decyzja Sądu Apelacyjnego pokazuje, iż wszyscy uczestnicy debaty publicznej – media, dziennikarze, aktywiści czy politycy – powinni opierać swoje wypowiedzi na rzetelnych i sprawdzonych informacjach. Jednocześnie podkreśla, iż choćby prawomocne wyroki sądowe nie zawsze rozwiązują problem. Informacje uznane za nieprawdziwe mogą przez cały czas funkcjonować w internecie i być powielane w kolejnych artykułach, komentarzach czy sporach politycznych.
Właśnie dlatego Szustkowski zaproponował inicjatywę rozszerzenia tzw. prawa do bycia zapomnianym również na media. w tej chwili mechanizm ten funkcjonuje przede wszystkim w odniesieniu do wyszukiwarek internetowych. Jego zdaniem redakcje często odmawiają sprostowań lub usuwania nieprawdziwych informacji, powołując się na wolność słowa albo wskazując na kwestie proceduralne.
Skala problemu znajduje odzwierciedlenie w danych dotyczących ochrony reputacji w sieci. Z raportu Google z 2025 roku wynika, iż liczba wniosków składanych przez Polaków o usunięcie danych z wyników wyszukiwania wzrosła w ciągu roku o blisko 90 procent. Około połowa zgłoszeń dotyczy nieprawdziwych lub szkodliwych informacji publikowanych w mediach i serwisach społecznościowych. To właśnie treści publikowane w przestrzeni medialnej – które mogą wpływać na reputację osobistą lub zawodową – budzą największe obawy użytkowników internetu.
Propozycja przedstawiona Komisji Europejskiej w 2024 roku zakłada wprowadzenie nowych narzędzi ochrony reputacji. Jednym z nich miałoby być utworzenie publicznego rejestru naruszeń dóbr osobistych, obejmującego wyroki sądowe w sprawach o zniesławienie lub naruszenie tych dóbr. W założeniu dziennikarze mieliby obowiązek zapoznawania się z takim rejestrem przed publikacją materiałów prasowych, co – zdaniem inicjatora – mogłoby ograniczyć powielanie nieprawdziwych informacji opartych jedynie na wcześniejszych publikacjach.
Drugim elementem proponowanych zmian jest wprowadzenie obowiązku powołania w dużych redakcjach stanowiska Rzecznika Praw Czytelnika. Osoba pełniąca tę funkcję miałaby analizować decyzje redakcyjne i rozpatrywać skargi osób, które uważają, iż zostały przedstawione w sposób nierzetelny lub krzywdzący. Rzecznik – jako niezależny ekspert cieszący się autorytetem w środowisku medialnym – miałby ponownie weryfikować pracę redaktorów i zwiększać przejrzystość funkcjonowania redakcji. Podobne rozwiązania funkcjonują już w części zagranicznych mediów, m.in. w brytyjskim dzienniku „The Guardian”.
Zwolennicy proponowanych zmian przekonują, iż mogłyby one ograniczyć rozprzestrzenianie się dezinformacji oraz zwiększyć świadomość obywateli w zakresie narzędzi ochrony reputacji w internecie. W erze cyfrowej, w której informacje rozchodzą się błyskawicznie i pozostają w sieci przez lata, pytanie o równowagę między wolnością słowa a prawem do ochrony dobrego imienia staje się jednym z kluczowych wyzwań współczesnej debaty publicznej.








