Między ekranem a drugim człowiekiem. O uważności, komunikacji i relacjach w świecie szybkich bodźców – wywiad z Mają Kumor

liberte.pl 2 tygodni temu

Julia Dudek: Mówi się, iż XXI wiek przyniósł w sumie największą rewolucję w relacjach od pokoleń. Bo z jednej strony mamy wolność, ciałopozytywność, aplikacje randkowe, a z drugiej strony narastające poczucie samotności i przebodźcowanie, przykładanie bardzo dużej wagi do wyglądu. Jak z perspektywy ekspertki i twojej pracy w gabinecie opisałabyś to, jak dzisiaj wygląda życie intymne i uczuciowe Polaków?

Maja Kumor: To trochę jak z dżinsami – im większy mamy wybór, tym trudniej zdecydować się na tę jedną parę. Sam problem z wyborem jest oczywiście stary jak świat, ale dzisiaj skala możliwości jest zupełnie inna. Pamiętam Tindera sprzed ponad dziesięciu lat, kiedy miał zaledwie dwa czy trzy przyciski. Wtedy wydawało mi się to bardzo proste. Dzisiaj aplikacji randkowych jest mnóstwo, ciągle się zmieniają, pojawiają się nowe funkcje i kolejne sposoby poznawania ludzi. Myślę, iż aplikacje mogą nam w tym realnie pomóc, ale samo ich posiadanie nie wystarczy. Poznanie drugiego człowieka przez cały czas wymaga czasu i zaangażowania.

Samo nawiązywanie relacji przez internet oczywiście nie jest niczym nowym. Ludzie poznawali się w sieci już wiele lat temu. Mam jednak wrażenie, iż dzisiaj weszliśmy w etap pewnego przesytu. Mamy ogromny wybór, mnóstwo profili, do tego fałszywe konta i sporą anonimowość. W konsekwencji coraz trudniejsze może stawać się zaufanie do osoby po drugiej stronie i ocena, czy rzeczywiście mamy do czynienia z kimś, kto szuka tego samego co my.

A jeżeli chodzi o budowanie relacji, czujesz różnicę między tym, co jest teraz, a tym, co było 10 lat temu? Sporo mówi się o rozstaniach po kilkunastu latach związku. Relacje stały się bardziej kruche czy po prostu inaczej do nich podchodzimy?

Obserwuję dwa zjawiska. Z jednej strony pozwalamy sobie na to, by odejść, w końcu długość relacji nie świadczy o jej jakości. Patrzę na historię moich dziadków, którzy dożyli razem przynajmniej pięćdziesięciu lat. Mogliby dostać order od prezydenta, ale jakościowo ta relacja absolutnie nie była taką, jaką chciałabym mieć. Mieli dwa pokoje i dwa telewizory. Dziadek oglądał siatkówkę damską, a babcia męską. Nie mieli głębokiej więzi. Sporo jest małżeństw, które wciąż tak żyją. I co o nich powiemy? „Są ze sobą 30 lat, to przecież wspaniale!” Ale co tak naprawdę się pod tym kryje? Czy oni mogli się rozstać? Myślę, iż nie, ze względów ekonomicznych, społecznych, kulturowych czy religijnych. Przecież „Co ludzie powiedzą?”. Dominująca w Polsce religia katolicka mówi wprost: „Dopóki śmierć nas nie rozłączy”. To ma ogromny wpływ i trudno odważyć się na rozstanie. Dziś dajemy sobie przyzwolenie na to, by wiedzieć więcej, by móc coś zmienić i odejść. Kobiety są coraz bardziej niezależne i same pracują na swoje utrzymanie. Za czasów moich dziadków to nie miało miejsca. Babci niezmiernie trudno byłoby utrzymać się samodzielnie.

Niedawno rozmawiałam z moim tatą z pokolenia baby boomers. Zauważył, iż kiedy obserwuje młodych na randkach w kawiarniach, widzi ich głównie wpatrzonych w telefony. Zastanawiam się, czy to rzeczywiście kwestia różnicy pokoleniowej i wychowania w XXI wieku, czy zjawisko niezależne od wieku?

Ludzie w ogóle rzadko chodzą na randki, choć wiele wspólnych wyjść właśnie tak nazywają. Tymczasem nie każde spędzanie razem czasu jest randką. jeżeli siedzimy obok siebie i każde z nas zajmuje się swoim telefonem, to oczywiście jesteśmy razem, ale trudno nazwać to randką. Mam jednak wątpliwości, czy w czasach młodości twojego taty ludzie rzeczywiście byli na randkach bardziej uważni na siebie i czy te spotkania były dzięki temu lepszej jakości. Na pewno były inne. Dziś jest inaczej, ale to nie znaczy automatycznie, iż jest gorzej. Każde pokolenie miało swoje rozpraszacze – wtedy po prostu nie było telefonów. Dla starszych pokoleń obecność telefonu w niemal każdej sferze życia jest czymś stosunkowo nowym, dla młodszych czymś zupełnie naturalnym. Dlatego nie demonizowałabym samej technologii. Bardziej zastanowiłabym się nad tym, czy potrafimy rozróżnić zwykłe wspólne spędzanie czasu od randki. Randka zakłada jednak pewną intencjonalność: jesteśmy na niej po to, żeby być ze sobą i poświęcić sobie uwagę.

A jaka według ciebie jest definicja właśnie randki? Jak ten czas powinien wyglądać?

Randka to przede wszystkim czas, w którym jesteśmy na siebie uważni i rozmawiamy o sobie. Niekoniecznie o technicznych sprawach codzienności: co kupić, gdzie pojechać czy kogo odprowadzić. Skupmy się na sobie jako na osobach. Warto zapytać: „Jak się masz?”, pokazać, iż jesteśmy ciekawi drugiej osoby, jej emocji i tego, co aktualnie przeżywa. Chodzi o to, żeby zrobić razem coś miłego, mieć przestrzeń na rozmowę, zwrócić na siebie uwagę i przypomnieć sobie, jak dobrze jest nam wspólnie spędzać czas. Możemy podzielić się tym, co czujemy i z czym się mierzymy albo powspominać dobre momenty związane z naszą relacją.

A co z perspektywy twojego gabinetu jest dziś najczęstszym cichym zabójcą w relacjach romantycznych?

Cichym zabójcą? Powiedziałabym, iż choćby głośnym zabójcą relacji jest na pewno brak komunikacji. Niedawno usłyszałam, iż tyle się już o niej mówi, iż ten temat stał się oklepany. Mam inne zdanie. Mamy turbo problem z komunikacją i po prostu ze sobą nie rozmawiamy. Wydaje nam się przy tym, iż chodzi przede wszystkim o unikanie trudnych tematów. Tymczasem pary nie rozmawiają również o tych pozornie łatwych rzeczach, choćby o ścierce zostawionej w zlewie, która z czasem potrafi stać się problemem. Oczywiście często jest ona kołderką przykrywającą inne tematy. Nie rozumiemy też, iż życie składa się przede wszystkim z małych rzeczy, a nie z tych wielkich. Wspólna codzienność to właśnie ta bluzka zostawiona na fotelu czy gąbka nieodłożona na miejsce. I to nie zawsze są błahostki. Za nimi mogą stać nasze potrzeby, oczekiwania czy poczucie, iż druga osoba nas nie zauważa. Często sami umniejszamy własnym potrzebom, uznajemy je za nieważne, tłumimy je w sobie i znowu zamykamy się w milczeniu. Do tego dochodzi problem, który chyba dotyczy każdego pokolenia: przekonanie, iż raz zbudowana relacja będzie już działać na autopilocie. Że skoro na początku daliśmy z siebie wszystko, to później już „samo pójdzie”. I to bardzo nas gubi. Nagle okazuje się, iż coś nie gra, a my nie mamy przestrzeni, żeby się tym zająć. Tylko iż relacja jest wyborem. Nie musisz w niej być, ale jeżeli decydujesz się w niej być, trzeba o nią dbać.

Często jest tak, iż dla obcych ludzi mamy większe pokłady cierpliwości, jakby ze specjalnego magazynu, w którym zachowujemy nasz spokój. Wobec bliskich osób potrafimy być najbardziej opryskliwi i szorstcy. To pokazujesz też w swoich rolkach, kiedy podpowiadasz widzom sposoby komunikacji. Jak to jest, iż największy chłód tak naprawdę rezerwujemy dla tych, których kochamy najbardziej i na których nam najbardziej zależy?

Od najbliższych zawsze będziemy wymagać więcej niż od innych osób. Partner czy partnerka to ktoś, z kim wiążemy swoje życie i w tę relację inwestujemy ogromnie dużo: czasu, energii, emocji, często też pieniędzy. Nierzadko z czegoś rezygnujemy na rzecz związku, budujemy wspólne plany na przyszłość i po prostu, tak mało romantycznie to określę – mamy więcej do stracenia. To wszystko sprawia, iż nasze oczekiwania wobec tej osoby są znacznie większe. Dlatego też partner często staje się pierwszą osobą, na której odreagowujemy napięcie po zderzeniu się z jakimś problemem. Z jednej strony wynika to z bliskości i poczucia bezpieczeństwa, z drugiej pojawia się tutaj pewna pułapka: zaczyna nam się wydawać, iż ta osoba będzie przy nas bez względu na wszystko. Przez to przestajemy się kontrolować. Bywamy opryskliwi czy wręcz chamscy, tłumacząc sobie, iż to tylko „bezpośredniość”. Łatwo pomylić wtedy stanowczość z agresją, a na agresję w relacji nie powinno być zgody.

Zupełnie inaczej wygląda to w relacjach, w których dominuje lęk przed odrzuceniem. Tam z kolei możemy tak bardzo obawiać się reakcji drugiej osoby czy utraty relacji, iż boimy się powiedzieć wprost, co czujemy, czego potrzebujemy albo co nam nie odpowiada.

Skoro mówimy właśnie o tej codzienności i „błahostkach”, które wpływają na drugą stronę. W tym wszystkim łatwo o mikrozranienia, które potem się stają się coraz większe. W psychologii relacji jest znana zasada 5 do 1 doktora Johanna Gottmana i mówi o tym, iż na każdą krytykę powinno przypadać co najmniej pięć pozytywnych gestów. Jak dbać o tę dodatnią bilansową przestrzeń w związku i nie tylko?

Ja w ogóle jestem za tym, żeby zacząć zwracać uwagę na siebie nawzajem – i to nie tylko wtedy, kiedy dzieje się coś, co nam nie odpowiada. To też może być taki cichy zabójca relacji: bardzo gwałtownie zauważamy to, co nam przeszkadza. Mówimy: „Tu jest moja granica, tego nie chcę, proszę, zmień to”. A znacznie rzadziej komunikujemy to, co jest dobre jeżeli otwieram lodówkę i widzę w niej swój ulubiony jogurt, a wiem, iż sama go nie kupiłam, to przecież z dużym prawdopodobieństwem nie pojawił się tam sam. Warto wtedy powiedzieć: „O, super, dziękuję! Fajnie, iż o mnie pomyślałaś i kupiłaś mój ulubiony jogurt”. Często zauważamy takie rzeczy tylko w swojej głowie. Myślimy: „Ale fajnie mi w tej relacji. Pomyślał(a) o mnie”. Tylko iż druga osoba tego nie słyszy. A przecież kiedy robimy dla kogoś coś miłego, choćby tak drobnego jak kupienie ulubionego jogurtu, i widzimy, iż ta osoba to zauważa i się z tego cieszy, aż chce się zrobić to ponownie. I znowu, i znowu. Pozytywne wzmocnienia dają nam jasną wskazówkę, co w relacji działa. jeżeli słyszymy wyłącznie instrukcje czego nie robić, w pewnym momencie zaczyna nam brakować pomysłów. O ile łatwiej jest budować relację, kiedy wiemy nie tylko, czego druga osoba nie lubi, ale również co sprawia jej przyjemność.

Skoczmy na chwilę do innego wątku, który bardzo mocno dotyka młodych ludzi. Mowa o presji posiadania natychmiastowych odpowiedzi na to, co lubimy w sferze intymnej. A co, jeżeli tego nie wiemy? Jak dać sobie przestrzeń na odkrywanie własnych granic i fantazji bez wstydu czy porównań? Jak stawiać pierwsze kroki w lepszym rozumieniu własnego ciała?

Zgodzę się, iż istnieje presja, żeby umieć od razu nazwać, co lubimy, a czego nie. Tymczasem wielu rzeczy w życiu nie jesteśmy w stanie od razu określić. Oczywiście to, co nazwane, często jest mniej przerażające, więc rozumiem, skąd bierze się ta potrzeba. Tylko iż rozwój jest drogą i nie da się jej przebyć z dnia na dzień. Możemy poczuć, iż coś zaczyna nam się podobać albo przeciwnie, iż przestaje nam odpowiadać, ale czasami potrzebujemy czasu, żeby to w nas osiadło i żebyśmy mogły lepiej zrozumieć, co adekwatnie czujemy. jeżeli chodzi o poznawanie własnego ciała i seksualności, na pewno znaczenie ma wiedza. Jest dziś wiele dobrych książek dotyczących seksualności, po które warto sięgać. Ale równie ważne jest samodzielne poznawanie własnego ciała: sprawdzanie, jaki mamy stosunek do swojej nagości i dotyku, co jest dla nas przyjemne, a co nie. To, co odpowiada nam w seksie, odkrywamy zarówno same ze sobą, jak i w relacjach z innymi osobami. Warto też odczarować temat masturbacji. Zdrowa masturbacja – taka, która nie wynika z przymusu – jest jak najbardziej dobra. Pozwala poznawać własne ciało, dawać sobie przyjemność i tworzyć pewnego rodzaju mapę miejsc erogennych, którą później możemy podzielić się z partnerem czy partnerką. Trzeba przy tym pamiętać, iż ta mapa nie jest dana raz na zawsze. My sami cały czas się zmieniamy, podobnie jak nasze potrzeby, granice czy to, co sprawia nam przyjemność. Relację tworzą dwie zmieniające się osoby. Pewien fundament tego, kim jesteśmy i czego potrzebujemy, może pozostawać podobny, ale jednocześnie poznajemy nowe rzeczy, zdobywamy doświadczenia i mierzymy się z nowymi wyzwaniami.

Sztuką bywa nadążanie za tymi zmianami, zarówno własnymi, jak i drugiej osoby. I właśnie dlatego w relacjach pojawiają się kryzysy. Nie muszą one oznaczać, iż związek zmierza ku rozpadowi. Człowiek rozwija się na kryzysach, więc może on być momentem rozwojowym, który pozwala lepiej poznać siebie nawzajem i zbudować relację na nowym etapie.

No a gdy już wiemy, co nam sprawia przyjemność, to jak to wytłumaczyć partnerowi czy partnerce? No bo czasem jest tak, iż powiemy to w jakiś taki sposób, iż już nam się odechciewa wzajemnie dalej spędzać czas.

W tej komunikacji, jak w każdej innej, wpadamy w typowe pułapki. Ogromne znaczenie ma chociażby ton, jakim coś mówimy. choćby prosty komunikat: „Nie rób tak, tylko tak” może zabrzmieć jak krytyka i sprawić, iż druga osoba od razu się spina. Dlatego zachęcam przede wszystkim do tego, żeby porozmawiać o tym, jak w ogóle chcemy komunikować się podczas seksu. Może być przecież tak, iż partner czy partnerka bardzo dużo wtedy mówi, a nas to rozprasza. To nie znaczy, iż ta osoba robi coś źle albo iż seks jest beznadziejny. Po prostu mnie to rozprasza. o ile o tym nie powiem, to z dużym prawdopodobieństwem nic się nie zmieni. Warto więc wspólnie wypracować taki sposób komunikacji, który odpowiada obu stronom. jeżeli czegoś nie chcemy, nie musimy od razu reagować gwałtownie. Możemy powiedzieć „stop” albo wcześniej ustalić konkretne hasło. Podobnie możemy na bieżąco dawać sobie proste wskazówki: „mocniej”, „wolniej”, „bardziej w prawo”, „bardziej w lewo”. Bardzo zachęcam do takiej komunikacji. Dobrze jest też rozmawiać o seksie poza samym seksem, zanim w ogóle znajdziemy się w intymnej sytuacji. Powiedzieć sobie, co nam się podobało, co chcielibyśmy zrobić inaczej, co nam odpowiada, a co nas rozprasza. Należy pamiętać, iż te odpowiedzi nie są dane raz na zawsze. Coś może być dla mnie przyjemne jednego dnia, a innego już nie. Nasze ciało, nastrój i potrzeby się zmieniają.Chodzi więc przede wszystkim o to, żeby wspólnie znaleźć sposób, w jaki jest nam dobrze. Zamiast mówić: „Nigdy nie robisz tak, jak cię proszę” albo „Ciągle robisz to nie tak”, znacznie lepiej powiedzieć konkretnie, czego w danym momencie potrzebujemy. Milczenie też nie daje drugiej osobie żadnej informacji o tym, co mogłaby zrobić inaczej. I to zdecydowanie odradzam.

A co się dzieje z pożądaniem, kiedy w związek wkradają się rutyna i przewidywalność? Często ten największy ogień jest przez pierwszy rok, a potem ma się wrażenie, jakby to wszystko tak osiadło. Czy da się w długoletniej relacji utrzymać ten pierwotny ogień, czy trzeba to po prostu zaakceptować, iż romantyzm ustępuje miejsca codzienności?

Na początku relacji bardzo pomaga nam chemia mózgu. Jesteśmy w stanie spać mniej, rano iść do pracy, a wcześniej pół nocy spędzić razem i przez cały czas mieć na to wszystko energię. Taki stan nie trwa jednak wiecznie i trudno byłoby przez całe życie funkcjonować na takiej intensywności. Z czasem ten pierwszy ogień naturalnie trochę opada i pojawia się dojrzalsza forma relacji. Może być równie piękna, ale wymaga już więcej intencjonalności i zaangażowania. Trzeba czasem coś zaplanować, urozmaicić, stworzyć przestrzeń na to, żeby między nami coś się wydarzyło. Wiele rzeczy nie będzie już zupełnie nowych, ale możemy świadomie do nich wracać. To, iż mija pierwszy etap zakochania, nie oznacza przecież, iż romantyzm musi się skończyć. Na początku choćby wspólne wyjście po rzodkiewkę może być romantycznym przedsięwzięciem. Po kilku latach przez cały czas może być miło pójść razem na zakupy, ale raczej nie będzie to randka życia. I nie chodzi o to, żeby próbować na siłę odtworzyć emocje z początku związku. Chodzi o to, żeby świadomie dbać o randki, bliskość i wspólny czas, bo bez tego codzienność bardzo łatwo je pochłania. Praca nad relacją nie kończy się więc wtedy, kiedy przygasa pierwszy ogień. Można powiedzieć, iż właśnie wtedy zaczyna się jej kolejny etap.

W seksuologii też coraz głośniej się mówi o tak zwanym pożądaniu responsywnym. Mechanizmie, w którym ochota na seks pojawia się dopiero w odpowiedzi na bezpresyjną czułość i dotyk, a nie przed nimi. Często jednak te pierwsze próby zbliżenia spotykają się z wycofaniem i wymówkami z lęku, iż dotyk musi kończyć się w łóżku. Jak w pracy z parami pomagasz rozbrajać ten schemat?

Jakiś czas temu nagrałam na moje social media rolkę o „galaretce na libido”. Bardzo się wybiła, bo ludzie zobaczyli hasło sugerujące, iż istnieje coś, co może poprawić libido. Niestety później trochę ich zawiodłam, bo rolka wcale nie była o cudownym sposobie na libido, tylko właśnie o pożądaniu responsywnym. Nie chodziło o galaretkę, ale o to, żeby pobyć ze sobą, dotykać się, okazywać sobie czułość i stworzyć przestrzeń, w której ochota może się pojawić. I to pokazuje, jak bardzo brakuje nam wiedzy na temat seksualności. Kiedyś dostęp do niej był jeszcze mniejszy, dzisiaj mamy książki, podcasty czy osoby, które edukują w mediach społecznościowych, ale przez cały czas nie każdy do tych treści dociera. Seksualność wciąż bywa też tematem, o którym część osób wstydzi się rozmawiać. Tymczasem mocno trzymamy się przekonania, iż pożądanie powinno być spontaniczne. Że powinna pojawić się iskra i nagle, bez względu na okoliczności, mamy ochotę na seks. Znamy to szczególnie z początku relacji, kiedy wystarczy pomyśleć o drugiej osobie i pożądanie pojawia się adekwatnie samo. Ale oprócz pożądania spontanicznego istnieje też pożądanie responsywne. Ani jedno, ani drugie nie jest lepsze czy gorsze. Czasami ochota pojawia się spontanicznie, a czasami potrzebujemy najpierw stworzyć warunki, w których może się pojawić. Kiedy relacja trwa dłużej, pracujemy, studiujemy, realizujemy własne cele i mamy mnóstwo codziennych obowiązków, często zostaje nam dla siebie bardzo mało czasu. jeżeli jesteśmy razem od wielkiego dzwonu, to gdzie adekwatnie to pożądanie ma się pojawić, skoro partnera czy partnerki prawie nie ma obok?

Przestajemy spędzać ze sobą czas, zapominamy o buziaku na dzień dobry, przytuleniu czy krótkiej wiadomości w ciągu dnia. A przecież takie drobne gesty budują między nami bliskość. jeżeli nic między nami się nie dzieje i na co dzień adekwatnie się ze sobą nie spotykamy, trudno oczekiwać, iż pożądanie zawsze pojawi się samo z siebie. Czasem najpierw potrzebujemy bliskości, czułości i kontaktu, a ochota przychodzi dopiero w odpowiedzi na nie. Polecam książkę Emily Nagoski Zróbmy to razem dla tych, którzy chcą wiedzieć więcej o pożądaniu w długoletniej relacji.

Nawiązując do seksu, coraz chętniej sięgamy też po zaawansowane gadżety erotyczne i jest ich coraz więcej. Czy z twojej praktyki wynika, iż te nowoczesne zabawki realnie podnoszą jakość życia erotycznego par? Czy bywa tak, iż stają się po prostu niewygodną konkurencją dla partnera?

Z mojej praktyki wynika przede wszystkim, iż często kupujemy sporo gadżetów, a później w ogóle ich nie używamy. Okazuje się, iż nie są złotym środkiem ani lekarstwem na problemy w życiu seksualnym. Sam gadżet nie sprawi, iż nagle pojawi się ochota na seks. Można więc na początek zaoszczędzić i nie kupować od razu dziesięciu.

Czasami w tym temacie pojawia się też niepokój: „Chcesz gadżet, bo coś jest ze mną nie tak?”. Spotykam się z takim myśleniem, ale najczęściej w parach, które wcześniej ze sobą o tym nie rozmawiały. Nie powiedziały sobie, po co adekwatnie chcą wprowadzić gadżet do swojej relacji. I nagle pada: „A może użyjemy zabawki?”. Druga osoba może wtedy pomyśleć: „Ale po co? Jest u nas aż tak źle?”. Właśnie dlatego warto najpierw o tym porozmawiać. Można przecież powiedzieć: „Widziałam coś, co wydaje mi się interesujące i chciałabym tego z tobą spróbować. Może będzie fajnie, a może okaże się, iż zupełnie nam to nie odpowiada”.

Czy gadżety realnie poprawiają jakość życia seksualnego? Na pewno mogą urozmaicić seks, dostarczyć nowych doznań i wprowadzić coś nowego do relacji. Ale gadżet nie zastąpi człowieka i nie musi być konkurencją dla partnera czy partnerki. o ile natomiast zaczyna zastępować bliskość w parze i coraz częściej wybieramy seks solo czy masturbację zamiast seksu z partnerem lub partnerką, warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie: co adekwatnie dzieje się między nami i dlaczego tak się dzieje?

Żyjemy w czasach szybkich komunikatów i nasze wyobrażenia o idealnej miłości kształtują seriale, komedie romantyczne czy książki. Czy ta popkultura nie oduczyła nas trochę cierpliwości do tworzenia prawdziwych relacji, które bywają zwyczajne, ciche i wymagające pracy? W filmach to wygląda prosto: jest jedno spojrzenie, nagle „ping” i mamy wielką miłość albo szybki ślub. Jasne, w życiu też zdarza się miłość od pierwszego wejrzenia i ktoś w bardzo krótkim czasie bierze ślub, tworząc świetne małżeństwo. Ale bądźmy szczerzy,to jednak zdecydowana mniejszość.

Tak, ale zwróciłabym uwagę na to, iż to nie jest wyłącznie znak naszych czasów. Takie wyobrażenia towarzyszą nam adekwatnie od dzieciństwa. Zaczynamy od bajek, historii o księżniczkach i wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia. Bohaterowie patrzą na siebie i od razu wiedzą: „To jest to”. Później przechodzimy do komedii romantycznych, seriali i kolejnych historii, które utrwalają podobny obraz miłości.

Uwielbiam podawać taki przerysowany przykład: para wraca do domu po fatalnym dniu, właśnie stracili pracę, dwójka dzieci czeka w domu, ale oni zrzucają wszystko z wyspy kuchennej i uprawiają na niej seks przez całą noc. A następnego dnia wstają i funkcjonują, jakby nic się nie wydarzyło. Oczywiście trochę żartuję, ale właśnie takie sceny budują w nas przekonanie, iż pożądanie i miłość powinny działać pod wpływem impulsu i być silniejsze od wszystkiego, co dzieje się dookoła. Później możemy oczekiwać tego samego od własnej relacji: wracamy z randki i bez względu na zmęczenie, pracę, dzieci, stres czy cały świat dookoła powinna pojawić się ta iskra. Tylko iż prawdziwe życie tak nie wygląda. To, co dzieje się wokół nas, ma ogromne znaczenie dla tego, ile mamy przestrzeni na bliskość, pożądanie i samą relację.

Chociaż wiemy, iż oglądamy film i iż to jest tylko grane, to jednak człowiek się daje skusić. Myślimy sobie: „może jednak coś w tym jest?”. Bo oglądając film, mamy wrażenie, iż to przecież realny świat – bohaterowie chodzą do pracy, żyją tak jak my, chociaż to wszystko pokazane jest dość pobieżnie. I to się bardzo łączy z kolejną kwestią, bo chciałam odnieść się do samej fizyczności. Na ekranach niemal zawsze widzimy idealne ciała z sześciopakami i talią osy. Czy zauważasz w gabinecie, iż takie wyidealizowane wzorce budują w nas nierealne oczekiwania wobec partnera? A w nas samych wywołują wstyd i kompleksy, które po prostu paraliżują intymność? Czytałam też kiedyś, iż kobiety często obawiają się seksu w pozycji na jeźdźca, bo mają wrażenie, iż w tej pozycji bardziej widać brzuch, fałdki czy grubsze uda.

Tak, jasne, pewnie, iż tak. Spotykam się z tym, iż różne filmy, nie tylko te ogólnodostępne, ale też pornograficzne sprawiają, iż człowiek ma po prostu poczucie: „nie jestem wystarczająca” albo „nie jestem wystarczający”. Bo to dotyczy tak naprawdę każdego. I rzeczywiście ważne jest takie oswajanie się z tym, iż seks jest też aktywnością, jakby nie było. Ciało się rusza: tu się wygnie, tu coś spadnie, tu coś inaczej wygląda. Ciało się zmienia i to jest po prostu życie.

Ale to dążenie do jakiegoś rodzaju ideału jest nieraz bardzo silne. I potrafi mocno ograniczać przed możliwością poznania samej siebie, a co dopiero dalej, w relacji z partnerem czy partnerką.

A czy odczuwasz w gabinecie jakieś realne zmiany w życiu seksualnym pacjentów wywołane obecnością AI, VR czy cyfrowych aplikacji?

Wiesz, iż ja tego jeszcze nie odczuwam? Podobnie nie obserwuję na razie, żeby terapia miała odchodzić w niepamięć dlatego, iż ludzie mogą porozmawiać z botem. Nie do końca zgadzam się z takim scenariuszem, bo mam wrażenie, iż relacja z drugim człowiekiem staje się wręcz pewnego rodzaju dobrem luksusowym. Ludzie przez cały czas szukają kontaktu. Osoby, które przychodzą do mojego gabinetu, chcą spotkania z drugim człowiekiem, rozmowy jeden na jeden, bycia zauważonym i budowania realnej sieci wsparcia. Ten kontakt jest dla nich wartością samą w sobie. Dlatego na ten moment nie widzę, żeby nowe technologie miały całkowicie zastępować relacje czy spotkania z drugim człowiekiem. Mam jednak świadomość, iż osoby, które trafiają do gabinetu terapeutycznego, są pewną grupą i na podstawie wyłącznie mojej praktyki nie można wyciągać wniosków o całym społeczeństwie.

Okej, czyli jeszcze nie miałaś sytuacji, iż ktoś ci powiedział, iż po sesji z tobą naradził się z czatem GPT i ten czat mu powiedział to, to i tamto?

Nie, nigdy nie miałam sytuacji, w której sztuczna inteligencja podważyłaby to, co wydarzyło się na sesji. Miałam natomiast pacjenta, który podczas mojego urlopu zadał pytanie sztucznej inteligencji, a później omawialiśmy uzyskaną odpowiedź na spotkaniu. Sama rozmowa z AI nie dała mu poczucia ulgi ani pewności. Podszedł do niej ze zdrowym dystansem i potraktował raczej jako coś, co chciał później zweryfikować ze mną.

Spotkałam się też z sytuacją, w której ktoś zapytał sztuczną inteligencję, jaki nurt terapii mógłby być dla niego odpowiedni, i przyszedł z tą odpowiedzią na konsultację. Myślę, iż takie wykorzystanie technologii może być pomocne jako punkt wyjścia do dalszej rozmowy czy poszukiwania informacji.

A jak patrzysz na to czerpanie wiedzy o zdrowiu psychicznym z sieci? Bo internet jest teraz pełen porad i podpowiedzi od AI czy z mediów społecznościowych.

To bardzo zależy od sytuacji. I wcale nie musi chodzić wyłącznie o boty czy sztuczną inteligencję, równie dobrze może to być wpis na Instagramie albo przypadkowo przeczytany artykuł. Ludzie trafiają w sieci na różne, nie zawsze sprawdzone treści, a później przychodzą do gabinetu i zastanawiają się: „Czy mnie też to dotyczy?”. W internecie jest teraz mnóstwo informacji dotyczących chociażby ADHD czy spektrum autyzmu. Ludzie czytają różne treści, słuchają doświadczeń innych osób i czasami na tej podstawie stawiają sobie gotową diagnozę. Tymczasem w gabinecie może się okazać, iż obraz jest znacznie bardziej złożony i trzeba spojrzeć na niego szerzej.

Pod tym względem technologia i media mogą być wyzwaniem, szczególnie jeżeli bezkrytycznie wierzymy we wszystko, na co trafimy. Internet daje nam ogromny dostęp do wiedzy, ale jest w nim również mnóstwo uproszczeń i dezinformacji. Z drugiej strony może być początkiem poszukiwania odpowiedzi i impulsem do tego, żeby zainteresować się sobą czy zwrócić się po profesjonalną pomoc. najważniejsze jest więc nie tylko to, skąd czerpiemy informacje, ale też jak je weryfikujemy i co później z nimi robimy.

Czyli można powiedzieć, iż w sieci mniej nas przerażają niedopasowane dżinsy?

Tak, dokładnie (śmiech).

Sztuczna inteligencja wkracza też w edukację seksualną – mamy boty relacyjne czy aplikacje do śledzenia cyklu. Jak na to patrzysz? To szansa na przełamanie tabu czy bardziej zagrożenie komercjalizacją naszej intymności?

Sama korzystam z aplikacji do śledzenia cyklu. Kiedy ginekolog pyta mnie o datę ostatniej miesiączki, po prostu ją sprawdzam, bo inaczej pewnie bym nie pamiętała. I myślę, iż wiele osób korzysta z takich aplikacji właśnie w ten sposób. jeżeli przekazywane w nich informacje są tworzone czy konsultowane ze specjalistami, widzę w tym dużą wartość. Zamiast nosić ze sobą grubą książkę, możemy mieć podstawową wiedzę w pigułce i łatwy dostęp do informacji. jeżeli chodzi o doradzanie w relacjach, podchodzę do tego podobnie jak do poradników. Można przeczytać świetną książkę, zdobyć ogromną wiedzę i przez cały czas nie wiedzieć, jak zastosować ją we własnym życiu. Oczywiście jeżeli bot podaje niesprawdzone czy nieprawdziwe informacje, może to być zagrożeniem, ale podobny problem dotyczy innych treści, na które trafiamy w internecie. Samo otrzymanie rady czy informacji to jedno, a przełożenie jej na praktykę – zupełnie co innego. Przychodzi do mnie wiele bardzo wyedukowanych osób, które dużo czytają i naprawdę sporo wiedzą, ale nie wiedzą, co z tą wiedzą zrobić w swojej konkretnej sytuacji. I właśnie umiejętność przełożenia wiedzy na własne życie jest tutaj największą sztuką.

Na koniec pytanie z popkultury. W filmie „Her” główny bohater zakochuje się w sztucznej inteligencji, która idealnie go rozumie, nigdy nie krytykuje i oczywiście zawsze uważnie słucha. Tak. I wiemy, ci, którzy oglądali, jak to się kończy. Ale patrząc na to, jak rozwijają się właśnie nasi cyfrowi towarzysze, iż tak powiem, czy uważasz, iż jako społeczeństwo jesteśmy u progu takiego scenariusza, iż mogą już się zacząć wydarzać takie sytuacje?

Myślę, iż takie sytuacje mogą zacząć się pojawiać, chociaż mam świadomość, iż sama funkcjonuję w konkretnej bańce. Gabinet jest siłą rzeczy niewielką próbką – ile osób jestem w stanie przyjąć? Z drugiej strony działam w mediach społecznościowych, gdzie mam bardzo aktywną społeczność i dostaję mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy bardzo chcą tworzyć prawdziwe relacje. Moje profile dotyczą relacji międzyludzkich, a nie kontaktów z botami, więc oczywiście również przyciągają osoby, które tego szukają. Mimo wszystko widzę, jak ogromna jest w nas potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem. Ktoś, kto zajmuje się stricte relacjami ludzi z technologią czy sztuczną inteligencją, być może obserwuje dziś coś zupełnie innego. Ja na ten moment, patrząc przez pryzmat swojej pracy i społeczności, nie widzę, żeby technologia miała zastąpić potrzebę relacji z drugim człowiekiem. Zresztą sam film „Her” odbieram jako bardzo smutny. Nie widzę w tej historii prawdziwej euforii czy spełnienia. Po seansie zostają ze mną raczej smutek i poczucie pewnej pustki.

To też właśnie kwestia tego, iż to jest prostsze, ale niekoniecznie mówimy o tym, iż jest lepszej jakości, no nie?

Tak, bo to, iż coś jest prostsze, nie oznacza przecież, iż jest lepszej jakości. Czy relacja, w której ktoś zawsze się z nami zgadza, rzeczywiście daje nam to, czego potrzebujemy? W prawdziwym związku druga osoba nie będzie bez przerwy potakiwać. Relacja może nas inspirować, skłaniać do myślenia, konfrontować z inną perspektywą. choćby kłótnie, o ile przebiegają w zdrowy sposób, są potrzebne i rozwijające. Różnice zdań same w sobie nie są niczym złym. Ważne jest to, jak sobie z nimi radzimy i co z nich wyciągamy.

Przypomina mi się scena z filmu „ Książę w Nowym Jorku”, gdzie Akeem uznaje kobietę, która ma zostać jego przyszłą żoną i jest gotowa spełnić każde jego życzenie. Kiedy on każe jej skakać na jednej nodze czy robić inne absurdalne rzeczy, ona robi to bez chwili sprzeciwu. Mimo tego książę nie chce z nią być, ponieważ nie szuka kogoś, kto bezrefleksyjnie wykona jego polecenia. Bliskość to nie jednomyślność.


Maja Kumor – absolwentka psychologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz studiów podyplomowych z seksuologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS w Katowicach. w tej chwili pod koniec Akredytowanego Kursu Psychoterapii w podejściu integracyjnym. Doświadczenie zawodowe zdobywała w pracy z osobami w kryzysie, uzależnionymi i ich rodzinami, a także młodzieżą oraz rodzinami w systemie pieczy zastępczej. Popularyzuje wiedzę z zakresu zdrowia psychicznego i seksuologii- jako prelegentka prowadzi warsztaty, wykłady, bierze udział w podcastach, a także tworzy treści edukacyjne w mediach społecznościowych, docierając do szerokiego grona odbiorców.

Idź do oryginalnego materiału