Mury, stoły, mosty…

liberte.pl 2 dni temu

Żyjemy w epoce etykietek. Niektórym to może odpowiada, mnie zdecydowanie nie. Bo nagle ktoś jest zawsze kimś opisanym dokładnie przez kogoś innego, zakwalifikowanym do tej czy innej grupy, określonym przez zestaw stereotypowych formułek, upraszczających rzeczywistość. Formułek, które nie dają ani do myślenia, ani do wiedzenia. Nie niosą prawdy, a tylko kwalifikują w wiekową, ideologiczną, religijną czy polityczną oczywistość. Niemal każdy jest/ma być w niej kimś zdefiniowanym, osadzonym w ciasnych ramach bycia takim, a nie innym. Kimś wciśniętym w ciasny, duszący kołnierzyk społecznej tragifarsy.

„Boomer”, „Zetka”, „Millenials”, „Lewak”, „Libek”, „Pisiur” – te etykietki często bardziej dzielą niż prawdziwie opisują. Kłamią, nie dając dostępu do niczego, co leży głębiej, w niebezpieczny sposób unifikują, przytłaczając swoją „oczywistością”, pozostawiając nas pozornie bez dobrego ruchu. Nakładają klapki na oczy, sznurują usta, kiedy indziej unoszą do góry zaciśnięte pięści. I tak rodzi się podział. Rośnie wysoki, najeżony drutami mur, w który strach choćby bić głową. Mur, którego nie da się rozbić, który niechętny jest temu by runąć. Ale może wystawić zań głowę, może jednak da się go mądrze obejść.

Gdy myślę o pokoleniach, które potrafią dogadać się ponad podziałami, to brzmi jak zaproszenie do wyjścia poza memy i uproszczenia. Gdy patrzę na kolejne warsztaty, gdzie pokolenia uczą się od siebie nawzajem, dzieląc się różnego rodzaju wiedzą i doświadczeniem, to ów mityczny mur się chwieje. Gdy – mimo wszystko – gdzieś w tle pada słowo „autorytet”, ale taki, co sam wychodzi na jaw, nie próbując narzucić komuś swojej „przemożnej siły”, co raczej pielęgnuje idee, sobą i własnym życiem pokazując, iż oto jest po tej, a nie po innej stronie mocy. Takie autorytety mają wprawdzie imiona, ale nie muszą mieć wieku. Są ponadgerenacyjne, bo zakotwiczają się w czymś cenniejszym i głębszym niż prosta definicja, etykieta, wygenerowany polityczną potrzebą podział. To one najlepiej pokazują, iż pokolenia nie są/nie muszą być przeciwko sobie; iż ich współistnienie/ współ-bycie może oznaczać harmonię; iż każde „obok” może stanowić inspirację, a nie źródło drwiny. Wystarczy przestać patrzeć przez pryzmat stereotypów.

Jasne, tu „wystarczy” jest wielkim i trudnym słowem. Bo choćby jeżeli wiemy, iż ostatecznie siła społeczeństwa nie tkwi w jednolitości, ale w dialogu między tymi, którzy pamiętają, a tymi, którzy dopiero odkrywają, to złe języki nie sprzyjają takiej wiedzy. Każdy podział na „My” i „Oni” dla wszelkiej maści mącicieli jest opcją atrakcyjniejszą. Wolą mury od mostów, bo społeczeństwo spolaryzowane – od poziomu domu, przez szkołę, uniwersytet, miejsca pracy, media, kulturę, bazarkowe rozmowy, kościół, aż po wielkie społeczne czy polityczne spory – jest łatwiejsze do omamienia, a co za tym idzie manipulowalne. Bo gdy jedni przekonują (politycznie, ideologicznie, dezinformacyjnie… obojętnie, byle/niestety skutecznie), iż na nawracanie na „słuszną drogę” miejsce jest choćby przy świątecznym stole, drudzy odwracają się zrezygnowani. No bo ile można…udowadniać, iż się nie jest wielbłądem…

A przecież – jak chciał Arystoteles – choćby nie zgadzając się, wciąż możemy pozostać przyjaciółmi. I nie jest tak, iż wystarczy dialog zamiast monologu; iż uda nam się pstryknięciem palców ograniczyć jedno czy drugie ego; iż nagle spłynie na nas „narodowe oświecenie”; iż człowiek ot tak będzie się liczył. Gdy myślę o pokoleniach będących razem ponad podziałami, to myślę o dużym stole, najlepiej okrągłym, dającym wszystkim taka samą pozycję wyjściową, taki sam głos i szansę, zarówno do twórczego zaangażowania się, jak i dzielenia się wiedzą, doświadczeniem czy wreszcie sprawczością, bez której wszelkie idee możemy włożyć między bajki. Bo każde „ponad podziałami” to otwartość i codzienna praca nad relacją. Pytanie kto z nas jest na to na poważnie gotów.

Idź do oryginalnego materiału